Sportowy weekend

Brak chronologii to często chronologia. Tak i ja zaczynam od dziś 😊

Wstałem nieco rano, tuż po godzinie 3:00 – sam, bez budzika. Od razu pomyślałem, że to jest znak, że muszę wsiadać na rower i śmigać swoje kolejne 100 mil. Wtem przypałętał się jakiś rozsądek i tak do mnie rzecze: „chłopie! Przecież ty za tydzień musisz zrobić biegiem blisko maraton! Zacznij zbierać siły i się oszczędzać!”. Pomyślałem chwilę i od razu poczułem się zmęczony i potrzebujący wypoczynku. Mądrego to miło posłuchać – zwłaszcza o trzeciej nad ranem 😉

I faktycznie zbliżający się Ultramaraton Powstańca w Wieliszewie szykuj się nieco wariacko. Moja drużyna składa się z dwóch osób: ja i Rafał. Trasa dla nas do pokonania to 63 kilometry. Pierwotnie mieliśmy się dzielić tak mniej więcej po równo, jednak ostatnio Rafał jest tak zawalony robotą, że nie daje rady nawet utrzymać systematycznych treningów. Rodzi się więc troska, jak pomóc Rafałowi w pokonaniu trzydziestki, która dla mnie niego będzie pierwszym razem, jeśli chodzi o taki dystans. Plan zakładał dołożenie dodatkowej osoby, aby jednym etapem zwolnić obciążenie Rafała. Niestety plan się trochę zmienił także w drugiej drużynie i dwie znalezione osoby, poszły do innej drużyny – znowu zostaliśmy sami.

Plan awaryjny obejmował więc nieco szaleńczy plan: ja wezmę dodatkowy etap, aby Rafał mógł pobiec w okolicach półmaratonu, co dla niego obecnie i tak może być nie lada wyzwaniem. I w ten sposób stwierdziłem, że pobiegnę już pełny maraton. Rafałowi oczywiście przekażę sztafetową pałeczkę, ale pobiegnę jeszcze z nim kilka kilometrów. Pozwoli to na skuteczne zwolnienie jego tempa (aby nie zajechał się, bo czego, jak czego: ambicji mu nie brakuje!) a jednocześnie, jak to ostatnio bywa z moimi maratonami, będzie mnie wspierał, abym przyzwoicie dobiegł do końca 😊

Tak więc plany stumilowe należało nieco zmodyfikować i zejść z tonu. Położyłem się więc do łóżka i wstałem dopiero tuż przed siódmą, wysypiając się za wszystkie czasu 😊Spacer z psem, śniadanie z rodziną, kawka i takie tam. Dopiero potem zebrałem się na rower, mając w planach zrobienie 65 kilometrów. Wyznaczyłem sobie trasę, którą chciałem przetestować, i której byłem bardzo ciekawy, jako że prowadziła tak bocznymi drogami, że powinienem mieć swobody i mało stresu.

Pogodę na rower miałem wyśmienitą. Mimo 29 stopni, nie odczuwałem tego podczas jazdy. Może dlatego, że dziś był znacząco odczuwalny wiatr, który skutecznie łagodził żar słońca. Dodatkowym plusem była niedziela handlowa, dzięki czemu więcej sklepów dziś było otwartych i „tankowanie” nie stanowiło zadania nader trudnego. Mógłbym ponarzekać na wiatr, ale z wiatrem jest tak, że właściwie jest on zawsze. Gdy jest i wieje, to raz się jedzie z wiatrem a raz pod wiatr. Gdy wiatru nie ma to wystarczy rozpędzić się do swoich 30 km/h i opór stojącego powietrza dla rowerzysty stanowi wiatr o prędkości 30 km/h – tyle, że tym razem niezależnie od kierunku w którym się poruszamy. To już chyba wolę kiedy wieje 😉

Trasa wyszła ostatecznie super! Nadal najsłabszym ogniwem tej trasy jest droga 632 – tak przed rondem jak i za nim. Jest jakaś magia tej drogi, że tu kierowcy chętnie odbierają rowerzyście bezpieczną przestrzeń jazdy, zbliżając się lusterkami tak blisko, jakby celowo próbowali cię upolować. Jest to o tyle niezwykłe zjawisko, że ta dzisiejsza trasa ma wiele więcej węższych dróg i kierowcy się tam tak nie zachowują. Jakaś zła energia? Albo paskudni i nieprzyjaźni kierowcy… Odcinek ten skróciłem już do granic możliwości, ale trzeba będzie chyba jeszcze chwilę posiedzieć i poszukać drogi alternatywnej.

Najfajniej było chyba na zjeździe na most w Śniadówku. Jest tu ładny rozbieg, ładnie prezentujący się podwieszany most i niestety tak wąski, że znaki drogowe nakazują przejeżdżać go pojedynczo. Na szczęście pierwszeństwo jest dla zjeżdżających z górki, więc tu rozpędziłem się do 60 km/h (chyba po raz pierwszy). Najzabawniejsze jednak było to, że sam przejazd przez most ograniczony jest do 20 km/h 😊 😉 Rowerem nie popełniłem chyba jeszcze tak wielkiego wykroczenia 😉 Dobrze, że tam dziś nie łapali 😉

Z trudności warto wymienić jeszcze most w Nowym Dworze. Ciągle jest nieprzejezdny i nadal stoi zakaz wejścia również pieszym. Na szczęście wiele osób ignoruje ten zakaz a od zachodniej strony jest możliwość dojścia aż do zejścia za rzeką. Pozwala to na realizację trasy bez konieczności kręcenia jakichś chorych objazdów. Do ronda aktualnie nie da się przedostać mostem, więc należy zejść na dół i podjazdem na górę (dość stromo, jeśli ktoś musi tędy wjechać) i niestety po kocich łbach. Dobrze, że to króciutki fragment 😉

Na zakończenie dzisiejsze trasy pojechałem jeszcze przez nieszczęsny zakręt, który ostatnio położył mnie z impetem na żwir. Właściwie tylko po to, aby odczarować traumę. Tym razem wziąłem go ostrożniej i szerzej – poszło gładko 😊

To było dzisiaj. Wczoraj zaś ostatnie dłuższe wybieganie – tzw. wycieczka biegowa. Wyszło 21 kilometrów. Nie jestem pewien czy nie za dużo, ale jak już wcześniej pisałem, plany ostatnio zmieniają się bardzo dynamicznie i nie do końca nadążam z modyfikacjami treningu. Staram się jednak biec dość powoli i raczej ostrożnie – za tydzień wielki dzień!

W piątek i we wtorek: rest. Ten tydzień jest więc zdecydowanie mniej obciążony. Mam nadzieję, że w ten sposób zmagazynuję trochę energii na za-tygodniowy bieg. W planach jeszcze dwa biegi po 8-10 kilometrów i kilka (2-3) luźnych przejażdżek szosówką – tak około 30 km. Wszystko aby zmagazynować tyle energii ile tylko zdołam. Wiele wskazuje na to, że każdy kJ będzie na wagę złota. Jeśli zaś chodzi o relację – tak spodziewajcie się relacji z Ultramaratonu Powstańca 😊


Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s