Wawer-MTB (zmodyfikowany)

Relacja powstała z opóźnieniem, jako że powrót do domu zaowocował jeszcze intensywną pracą wokół domu – płot sam się nie pomaluje, a rowery same nie chciały się wyczyścić. Ups! Chyba uprzedziłem nieco fakty 😉

Pomysł powstał jakby nieco spontanicznie. Sam do końca nie byłem jeszcze pewien czy się uda go zrealizować, czy będę mógł pojechać lub czy nie będę miał innych planów treningowych (konkurs CCC wzywa 😉). Zaszumiało, zatrzeszczało i ruszyła machina zwołująca wilki rowerowe z całego Legionowa. Moim pomysłem było, aby spróbować trasy MTB w lasach na Wawrze. Ostatnie nasze zmagania w Adventure Race przekonały nas do tego, że to piękny las a 27-dmio kilometrowa trasa może być niezwykle miłym wyzwaniem. Pomysł wsiąkł jak olej łańcuchowy w gąbkę i został przyjęty radośnie jak długo odkładana zmiana łańcucha i kasety. Zaproponowałem także aby wyjechać bardzo wcześnie, aby zostało jeszcze trochę dnia na pozostałe rodzinne tematy. Ostatecznie stanęło na tym, że wyjazd będzie w okolicy godziny 7:00. Czas pokazał, że trzeba było jeszcze wcześniej 😉

Jak się okazuje, czas nie tylko leczy rany, ale także doskonale układa plany. Zostawiłem więc te sprawy w rękach czasu i w sobotę już miałem pewność, że wyjazd jest nasz – jedziemy z Hubertem! Dopracowaliśmy kilka szczegółów logistycznych z Rafałem i wyszło na to, że możemy przyjąć jeszcze przynajmniej dwie dodatkowe osoby, lub nawet siedem, gdyby Rafał pojechał swoim autem. W prawdzie tylu chętnych się nie znalazło, jednakże załoga w liczbie ośmiu osób także wyglądała zacnie 😊

W sobotę rano ostatni dojechał Leszek ze swoim busem. Była to jednak kluczowa osoba dla naszej ekspedycji, więc wyjątkowo poczekaliśmy na niego 😉 Rozdałem lokalizację GPS, dokąd zmierzaliśmy (miejsce startu) i po zapakowaniu sprzętu ruszyliśmy na przygodę. Na miejscu byliśmy w około 40 minut (trochę daleko mamy do tego Wawra 😉). Szybkie przygotowania do jazdy, nie bardzo udana odprawa (trzeba było pominąć teksty odstraszające, w wyniku czego nie bardzo było co czytać 😉) i wycieczka ruszyła.

Pierwsze kilkaset metrów: falstart. Ruszyliśmy pod prąd szklaku, więc trzeba było wrócić na start, aby ruszyć we właściwym kierunku. A trzeba tu bardzo wyraźnie powiedzieć, że szlak jest kierunkowy i znaki szlaku znaczone są w taki sposób, aby były widoczne tylko w kierunku prawidłowej jazdy. Było to o tyle zasadne, że szlak wielokrotnie się krzyżował lub nawet łączył, więc takie oznaczanie gwarantowało utrzymanie właściwego kierunku jazdy.

Pierwsze kilometry były niemal leniwe i chłód poranka wręcz przewiercał na wylot (po co brać bluzę, jak zamierzamy troszkę powalczyć 😉). Każdy potrzebował rozruszać się. Zasadniczo tarka na drodze, którą poruszaliśmy się przez ponad 1000 metrów skutecznie rozmasowało ręce i siedzenia. Potem, choć droga się poprawiła, chętnie pojechaliśmy treckingowo – ciągle turystycznie. Może dlatego, że trasa ciągle nie przypominała trasy MTB. Dopiero po trzecim kilometrze trasa przybrała nieco ciekawszy wygląd. Jednakże daleko nie zajechaliśmy, bo zanim osiągnęliśmy czwarty kilometr stało się TO! Strzelił łańcuch!

Pamiętaj: łańcuch montujemy nieco niżej!

Dobrą stroną tego zdarzenia było to, że grupa znowu mogła się spotkać, rzucić te ciężkie rowery i zając się przyjaznym grzebaniem w runie leśnym. Nie żeby szukać złota – co to to nie! W końcu nie dla złota tu przyjechaliśmy a dla spędzenia czasu razem. Takie szperactwo z pewnością nas zbliżyło 😉 Niestety kompletu spinki łańcucha nie znaleźliśmy i poszkodowany (w tajemnicy mogę dodać, że chodzi o Rafała 😉) zaczął rozważać inne warianty dalszej podróży. Dziwnym przypadkiem wiele głosów zachęcało do kontynuowania dalszej drogi bez łańcucha a znaleźli się nawet tacy, co i zachęcali pokonać trasę także bez roweru 😊.

Rafał (o qrcze! Miało być tajemnicą!) bardzo uważnie i roztropnie przemyślał każdą z propozycji i postanowił, że nadszedł teraz moment, gdy musi liczyć raczej na siebie. W pocie czoła opracował nowy plan działania, który niestety nie obejmował dalszej podróży z ekipą – what a pity! Postanowił ściągnąć serwis rowerowy aż z Legionowa (ponoć bardzo znany! 😉), nas wysłał w dalszą drogę a sam powalczył jeszcze przy próbie odnalezienia drugiej części zapinki łańcucha. Ostatecznie tu los Rafała został przypieczętowany w tej ekspedycji. Jak się na koniec okazało: Rafał bohatersko wziął na siebie wszystkie możliwe awarie naszej drużyny. Więc może i nie pojeździł, ale za to pozwolił pozostałym dojechać w całości do mety. Składamy ukłony z podziękowaniami!

Poszukania zaginionej…

Nasza wyprawa MTB jednak nie skończyła jeszcze zmagań  z upartą trasą. Już na siódmym kilometrze przypomniałem sobie, że w okolicy budują obwodnicę Warszawy – jeden, wielki i paskudny plac budowy, który przeciął tę część Warszawy na połowę (jedną mniejszą i druga większą 😉). Niby wjazd na budowę był ułatwiony, bo siatka w tym miejscu była unieszkodliwiona, ale musieliśmy się przedrzeć jakoś na drugą stronę i tam odnaleźć kontynuację szlaku. Gdy tylko się pojawiliśmy od razu słychać było z budki ciecia, któremu nawet wyjść się nie chciało: „czego szukacie!?”. Brzmiało nieco zawadiacko, ale szybko okazało się, że gość był przyjaźnie nastawiony do rowerzystów i błyskawicznie wskazał nam, jak mamy wskoczyć na drugą stronę budowy i trafić od razu na szlak.

Poszło niby szybko i przyjemnie, ale szlak zgubiliśmy już na kolejnym kilometrze. Dopiero dużo później okazało się, że na znaku była wydłubana strzałka i nikt nie wychwycił, że szlak ucieka w lewo. Postanowiliśmy jednak mocno szukać tego szlaku – tak trochę na orientację. Słabo nam (czytaj: mi) szło. Na początek trafiliśmy na koniec jakiejś prywatnej drogi (w środku lasu!) – trzeba było wrócić i sprawdzić kolejną drogę. Ta zaprowadziła nas na wielkie skrzyżowanie, gdzie znaleźliśmy nawet znaki szlaku MTB. Odetchnęliśmy, choć nie mieliśmy pewności, czy nie był to fragment drogi powrotnej. Innej opcji jednak nie mieliśmy, więc, ruszyliśmy oznakowaną drogą. Ta niestety szybko doprowadziła nas znowu do placu budowy – była to jednak droga powrotna szlaku – a nie chcieliśmy jeszcze wracać (na liczniku mieliśmy zaledwie ciut powyżej 10km). Ruszyliśmy więc off-road’em wzdłuż obwodnicy licząc na to, że trafimy na oznaczenia szlaku. Teraz oglądając mapę widzę, że powinniśmy na nie trafić, ale nam się nie udało. Pobłądziliśmy troszkę w poszukiwaniu śladów tego szlaku, rozdzielając się na mniejsze grupy. Wszystko bezskutecznie.

Tu błądziliśmy najdłużej

W końcu zapadła decyzja, że wracamy do miejsca, gdzie ostatnio zgubiliśmy szlak, gdzie ostatnio widzieliśmy oznaczenie szlaku. Wtedy właśnie odkryliśmy (badając niemal przez mikroskop), że strzałka jest bardzo słabo widoczna. Gdy jednak ruszyliśmy wzdłuż szlaku, znowu doprowadził nas do budowy obwodnicy – grrrr! Według mapy ten szlak przechodził na drugą stronę, aby po chwili znowu wrócić. Podjęliśmy marszrutę przez plac budowy (jechać w zasadzie się nie dało). I to był ten moment, gdy złapaliśmy takie ilości błota, że po przeprawie trzeba było kilkanaście minut poświęcić na odkopanie i odlepienie się z błota. Jakby tego było mało – szlaku jednak nie znaleźliśmy. Ruszyliśmy więc ponownie do wielkiego skrzyżowania, aby ruszyć szlakiem pod prąd.

Podążanie szlakiem pod prąd, gdy oznaczenia są widoczne tylko jadąc w przeciwnym kierunku, wcale nie było takie łatwe. Szlak zgubiliśmy już po kilkuset metrach. Singielek był jednak tak sympatyczny, że nie bardzo kto się przejął tym faktem 😉. Gdy się jednak singielek skończył, to trzeba było znowu podjąć decyzję, jak odnaleźć szlak. Wtedy postanowiliśmy dojechać do miejsca, gdzie szlak był dwukierunkowy. To pozwoliłoby nam skutecznie wrócić na właściwy kierunek jazdy a jednocześnie ustawić się odpowiednio do oznaczeń szlaku. I to był strzał w dziesiątkę. Od tej chwili (mieliśmy już ok. 16 km na licznikach) udało się trzymać szlaku tak sztywno jak ceniona oś rowerowa 😊. W końcu mogliśmy docenić kunszt i pomysłowość wyznaczających szlak MTB, poczuć na swojej skórze podjazdy, ostre zjazdy, dropy, korzenie a nawet wąskie przesmyku pomiędzy drzewami. W końcu radocha z jazdy i szaleństwa!

Na dwudziestym pierwszym kilometrze zauważyliśmy bar. Hubi już nieco przymierał głodem a i posmakować pifka nie jeden już pożądał 😊. Zapadła więc jednogłośna decyzja: bar! Tam doładowaliśmy nasze nitro z pomocą fasolki bretonki, wzmocniliśmy nawodnienie różnego rodzaju izotonikami (w tym także piwem) i posileni ruszyliśmy na drugą część trasy.

Cała trasa

Tą część trasy można było poświęcić już zupełnie zabawie. Szlak był dobrze oznaczony, a wiele fragmentów trasy zdołaliśmy już wcześniej poznać 😉. W czwórkę więc podążaliśmy w nieco wyższym tempie, aby wyszaleć się na tej wspaniałej trasie, by po potem odpocząć chwilę w oczekiwaniu na resztę załogi. Po przejściu na drugą stronę obwodnicy nasza czwórka w zasadzie była już nie do zatrzymania 😉- jak zerwani z łańcucha – dojechaliśmy do samego końca szaleńczo przejeżdżając między ludźmi (chyba dobrze, że dźwięk ich przekleństw do nas nie doleciał 😉). Zatrzymaliśmy się dopiero przy samochodach i tam czekaliśmy już na resztę załogi.

Marek dojechał kilka minut po nas  – dość szybko zaliczył metę. Zadowolony i uśmiechnięty. Na ostatnich dwóch musieliśmy poczekać troszkę dłużej – dwa razy zgubili po drodze trasę i ostatecznie dojechali z nieco innej strony, niż się spodziewaliśmy. Zmęczeni ale równie zadowoleni. Trasa ostatecznie okazał się bardzo fajna, zróżnicowana, miejscami relaksacyjna (lub sprinterska – jak kto woli), miejscami mocno techniczna a miejscami wręcz przerażająca. Trasa pełna atrakcji, dająca mnóstwo frajdy. Wszyscy na koniec uznali, że pomimo błądzenia i mega zmęczenia, bardzo im się podobało i piszą się na kolejne podobne trasy 😊

Na koniec warto dodać kilka rad na temat pakowania się na takie imprezy MTB. Z naszych strat:

  • rozkwasiliśmy jabłko, które umieszczone było w podsiodłówce. Jest to miejsce, gdzie należy umieszczać tylko narzędzia i ew. zapasową dętkę. Jest to fatalne miejsce na przechowywanie rzeczy wrażliwych na wstrząsy.
  • W tejże podsiodłówce wcześniej Hubi trzymał telefon. Szczęśliwie zbiła się tylko szybko od aparatu fotograficznego telefonu. Więc jeszcze raz powtórzmy: Torby podsiodłowe mają mega przeciążenia i tam łatwo zniszczyć wartościowe lub miękkie przedmioty.

Poniżej to co zostało z jabłka 😉


Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s