Środowe Kręcenie

Środowe Kręcenie z RAV Serwis to light’owa impreza rowerowa zakładająca spacerowe tempo przystosowane do kontemplowania uroków zurbanizowanej natury 😉 Stąd zakładaliśmy z Hubertem nudzenie się a nawet marznięcie (brak odpowiednio intensywnego spalania kalorii). Aby temu troszkę zaradzić, pojechaliśmy do Legionowa rowerami – w ten sposób dorzucamy z reguły dodatkowe 20 kilometrów mocniejszego tempa.

Rowery przygotowaliśmy na prędce. Wprawę już mamy, więc zasadniczo niczego nam nie zabrakło. Oświetlenie, zapas (pompka, łyżki do opon, zapasowa dętka), wypełnione bidony, dzwonki (choć elektryczne) i cieplejsze ubranie. Przed samym wyjazdem sprawdzenie jeszcze kilku śrubek, zmiana pedałów i dopompowanie kół na jazdę miejską.

Do Legionowa dojechaliśmy w 21 minut, gdzie po drodze zatrzymywaliśmy się jeszcze na 2-3 minuty, na tzw. przepak (zrobiło się ciepło, gdy się trzyma tempo w pobliżu 27 km/h). Na miejscu zbiórki przymusowy odpoczynek kilkunastu minut a potem nieoczekiwanie kurs na Modlin poprzez wał. Nieoczekiwanie, bo z reguły kierunek był z goła odwrotny 😉 Całkiem fajnie to wyglądało, gdy przez ulice Legionowa całą szerokością pasa przejeżdża zwarta grupa ponad 15-stu rowerzystów. Miłym zaskoczeniem było, to że większość miała kask i niemal wszyscy (tak mi się wydaje) oświetlenie. Dopiero później przyszło mi skojarzenie: jak gang motocyklowy 😊

Już po drugiej stronie Modlińskiej czołówka nabrała przyjemnego tempa, do którego z przyjemnością się podczepiliśmy z Hubertem. Jazda z taką prędkością i do tego w grupie to jest dopiero radocha! Śmiganie gałęzi, kamyki wystrzeliwane spod kół, niekiedy rozbryzgiwane kałuże, mocny powiem wiatru w twarz – niemal na jak wyścigu! Skutkowało to oczywiście tym, że nasz peleton nieco się rozwlókł, ale przy wjeździe na wał poczekaliśmy na resztę i ponownie rzuciliśmy się na pożeranie kilometrów – tym razem wąską ścieżką wałową.

Ten fragment był nieco nudny, choć nadal szybki. Mieliśmy teraz twarzą pod wiatr, ale jeśli człowiek trzymał się w zwartym szyku, bo można było skorzystać z lekkiego tunelu aerodynamicznego. Kolejny postój wyznaczył zakręt wału – już za polami golfowymi. Tempo nie wszystkim przypadło do gustu – zupełnie zrozumiałe. Nie mogłem się jednak oprzeć magii przyjemnego naginania. Przeszkadzały tylko muszki, których połknąłem chyba z tuzin – przynajmniej kolację miałem z głowy 😉

W tym miejscu ruszyliśmy dalej wałem na Nowy Dwór a część grupy wycofała się do Legionowa zahaczając o Pumptruck Skierdy. Głównie dlatego, że zakładano 2-godzinną przejażdżkę i nie każdy mógł poświęcić więcej czasu na tę zabawę. O tym dowiedzieliśmy się niestety dużo później – już na zjeździe z wału, na wysokości miasta. Tam ponownie zrobiliśmy przerwę, aby poczekać na tych wolniejszych. Niestety już ich się nie doczekaliśmy. Próbowałem się dodzwonić do Rafała, ale bezskutecznie (sam czasami nie odbieram na rowerze, bo nie widzę, że ktoś do mnie dzwoni). Po kilku minutach uznaliśmy, że grupa musiała zmienić trasą – być może skrócić. Ruszyliśmy więc dalej. Kierunek: stacja benzynowa pomiędzy mostami w Nowym Dworze – nasz punkt zaopatrzeniowy 😉 Później, później, okazało się, że wysłali do mnie nawet wiadomość, że się odłączają ze względu na brak czasu. Niestety wiadomość przyszła jako „inne”, więc nie miałem powiadomienia i wiadomość odczytałem już w domu 😉

Przez Nowy Dwór znowu przejechaliśmy jak gang rowerowy. Szerokim szykiem, dużą prędkością, głośni, śmiejący się i głośno dyskutujący z różnorakim oświetleniem, którego mieszanka mogła przyprawić o dreszcze nie jednego przechodnia – zwłaszcza, gdy próbowaliśmy przechodniów pozdrawiać w potępieńczych krzykach radości. Jeśli się nie mylę, żaden nie odważył się nam odmachać, ani nawet uśmiechnąć. Chyba budziliśmy tam prawdziwą grozę 😉

Na stacji szybko dokonaliśmy zaopatrzenia. Pani tylko próbowała dopytać cóż to za impreza, że ciągle tyle rowerów tu zjeżdża. Pewnie chodziło tez o rowerzystów Wisły 1200. Tłumaczenia naszego legionowskiego zgrupowania musiały przyprawić panie w niemałe zakłopotanie. Teraz nie sposób ich wszystkich przytoczyć, ale jeśli ktoś próbowałby to od razu zrozumieć, musiałby zakończyć dzień (lub przynajmniej tę konwersację) bólem głowy  😉

Następny przystanek: taras widokowy Twierdzy Modlin. Najmocniejsza grupa znowu narzuciła mocne tempo. Dla nas mających napęd NX Eagle nie było to łatwe – tu osiągnięcie prędkości powyżej 32 km/h jest nie lada wyczynem – zwłaszcza, jeśli droga prowadzi nie z górki, tylko lekko pod. Tu znowu grupa nieco się rozpadła i zawieruszyła. Pierwsza piątka trafiła więc na nieznane mi dotąd miejsce: wspaniały punkt widokowy, umieszczony na starych murach twierdzy. Trzeba tu było być wcześniej, aby wiedzieć jak trafić. Widok zaiste oszałamiający! Trzeba będzie tu przyjechać kiedyś z aparatem i statywem – jest tu wiele do zrobienia 😊

Druga grupa także pojechała na taras, ale ten bardziej oficjalny. Wieczór był chłodny i zanosiło się na jakiś deszcz. Nawet na dachach wieży modlińskiej słychać już było drobne pokropywanie. Spożycie zaopatrzenia miało więc błyskawiczny przebieg. Trochę szkoda, ale pogoda faktycznie nie rozpieszczała. Usłyszeliśmy więc fragment historii w pigułce i zebraliśmy się, umawiając się z druga grupą przy rondzie.

Zjazd do ronda był błyskawiczny – jak to z górki. Z Hubertem osiągnęliśmy prędkości, które nie pozwały nam już nawet dopedałowywać (ponad 39 km/h). Na dole chwila odpoczynku i ruszyliśmy planując powrót przez Olszewnicę Nową, Starą, Chotomów. Dla mnie i Huberta oznaczało to, że odpadniemy na wysokości Olszewnicy – od razu do domu. Nie opłacało się już jechać do Legionowa i jeszcze raz z powrotem do domu. Zwłaszcza, że Hubi odczuwał już skutki zmęczenia dzisiejszą szaleńczą jazdą.

Przez Nowy Dwór znowu lecieliśmy jak dusze potępionych harlejowców. Szybko, całą szerokością pasa, gwarnie, w kanonadzie świateł mrugających, świecących i prześlizgujących się po murach halogenach, jak policyjne szperacze. Niezwykłe doświadczenie – zwłaszcza dla tych z „klanu” 😉 Chyba zaczynam rozumieć harlejowców i inne zgrupowania, które budzą jeżeli nie strach to przynajmniej dreszczyk emocji.

Za drugim wiaduktem zjechaliśmy na szuter wzdłuż torów. Wiedziałem, że ta droga się kończy, ale wiedziałem też, że w razie czego przeskoczymy na drugą stronę torów, gdzie także jest droga, która prowadzi już daleko. Warto oczywiście wcześniej przeskoczyć znowu na lewą część torów, aby dotrzeć do stacji kolejowej Góra. Tam pożegnaliśmy kompanów niemal rodem z Ghostrider i ruszyliśmy już krótszą drogą do domu. Oni ruszyli w kierunku Modlińskiej, tam pewnie do Jabłonny i dopiero do Legionowa. Normalnie pewnie bym przytrzymał się ich szaleńczej jazdy, ale Hubi wyglądał już na mocno zmęczonego i zmasakrowanego (zwłaszcza, że siodełko ciągle nie wymienione).

W domu byliśmy tuż przez 23:00 mając na liczniku blisko 52 km. Zapis kilometrów z zegarka posiadał deficyt blisko 8 kilometrów – efekt zapominalskiego wznawiania jazdy. Licznik Sigmy pokazywał poprawnie, ale zapisując trening udało mi się po raz pierwszy usunąć go. Przynajmniej już wiem jak się to robi ☹ Po jeździe zebraliśmy wszystkie bateryjne odbiorniki (liczniki, oświetlenie, zegarek) wrzuciliśmy do ładowarek i ruszyliśmy na spoczynek.

A rano? Hubi odsypia, a ja ruszyłem na trening biegacki. 14 kilometrów roztrenowania. W zasadzie nic nadzwyczajnego: pierwszy 3 kilometry z leniwym psem a potem do Dąbrowy Chotomowskiej a w drodze powrotnej do sklepu na zakupy – aby było coś na śniadanie. I tu wydarzyło się coś zaiste ciekawego. Normalnie pewnie bym się wkurzył, ale absurdalność sytuacji bardziej mnie rozbawiła niż zezłościła.

Ponieważ po tylu kilometrach z kaszkietówki kapało mi jak z cieknącego kranu, postanowiłem zostawić kaszkiet przed sklepem na ławeczce. Ekspedientki krzywo patrzą, gdy pot kapie z czapki – nawet gdy kapie na podłogę. Sprawiają wtedy wrażenie zdegustowanych, jak bym potajemnie próbował nasikam im na podłogę, albo ostentacyjnie dłubał w nosie. Tak więc pomogłem im i czapkę zostawiłem przed sklepem. Po wyjściu ze sklepu czapki nie było! Byłem zdumiony i tym razem ja zniesmaczony. Ktoś połakomił się na starą kaszkietówkę, przemoczoną do suchej nitki nie deszczem, ale potem (zapewne nie pachnącym!). Pokręciłem głową z niedowierzaniem, sprawdziłem, czy ktoś po złości nie wrzucił czapki do śmietnika, albo gdzieś nie rzucił kilka metrów dalej – nic. Czapka zniknęła bezpowrotnie. Nie zdziwię się, jeżeli jeszcze spotkam tę czapkę. Czapka jest niezwykle unikatowa, bo jest naszyty symbol firmy Computer Assossiate (CA), która nie tylko nie istnieje w Polsce, ale nawet nie produkuje tego typu gadżetów. Ciekawy jestem co zrobię, gdy się spotkamy… 😉


Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s