Wymarzone 150 km!

Kolejny milowy krok za mną: 150 kilometrów na rowerze! Zasadniczo sukces, choć okupiony sporą ilością przekleństw, złości i bezradnej rezygnacji. Termin wybrałem niezbyt szczęśliwie. Z samego rana padało, więc ustawiony budzik na 4:00 został przestawiony na 5:00 a potem 5:45. W końcu wstałem i stwierdziłem, że zacznę przygotowana, licząc na to, że w między czasie przestanie padać. Plan okazał się całkiem niezły, choć suma-summarum wyjechałem tuż przed ósmą. Ciągle lekko kropiło a ilość kałuż był nieco deprymujący (choć dzięki temu jeździłem dziś dość asertywnie 😉 ).

Wiedziałem, że po drodze mogę spodziewać się jeszcze opadów, a te skutecznie obniżały temperaturę. Zabrałem więc ze sobą kurtkę, przymocowując ją paskami od ramy. Nie ujechałem nawet kilometra, gdy rozpakowałem kurtkę i wrzuciłem na plecy.

Winowajcą był wiatr. Wiało dziś z prędkością przekraczającą 50 km/h (w porywach przeszło 70 km/h) i to niemal w trybie ciągły. Wiatr zachodni nie ułatwiaj mi początku trasy, jako że ruszyłem najpierw w kierunku Płońska. Wychładzał organizm (jak dobrze, że miałem kurtkę!) i niezwykle skutecznie spowalniał jazdę. Na otwartych przestrzeniach nie byłem w stanie nawet utrzymać prędkości 22 km/h(!). Masakra! Przyznać muszę, że w takim wietrze jeszcze nie jeździłem. I nie byłoby w tym może nic nadzwyczajnego, gdyby nie to, że planowałem dojechać do domu o godzinie 14:00, aby potem jeszcze z synem ruszyć na Kazurkę. Podjąłem więc tę nierówną walkę, zostawiając sobie furtkę w postaci skrócenia dystansu, jeśli już mi nogi wysiądą (dzień wcześniej wybiegałem półmaraton).

Już po ok. 25 kilometrach odezwał się licznik, że bateria ma już tylko 20%. Zdziwiony byłem, bo wydawało mi się, że przed startem widziałem 2/3 naładowania. Zasadniczo miałem ze sobą powerbank, bo telefon miałem podpięty na nim, aby móc nawigować drogę (trasę pokonywałem po raz pierwszy). Telefon jednak jest na złączu USB C a USB micro nie miałem. Jadąc wzdłuż siódemki (drogą lokalną) próbowałem namierzyć stację benzynową – tam z reguły mają takie kabelki w sprzedaży. Jak na złość, wszystkie stacje były po drugiej stronie i oczywiście przejście na drugą stronę zmuszało do narzucenia sporej ilości kilometrów, z czego od razu rezygnowałem. Jadąc tak od razu widać, jak trasy szybkiego ruchu i autostrady dzielą regiony – gorzej niż granice za czasów komunizmu.

Stację Shell, do której dałem radę się dostać, trafiłem dopiero w Michalinku. Tam nabyłem kabelek, zapas napojów i hot-doga – ostatni ciepły posiłek na tej trasie. (Solennie muszę sobie obiecać, że następne trasy zaplanuję bardziej skrupulatnie!) Stąd ruszyłem jeszcze chwilkę prawie w kierunku Płońska a następnie na Pułtusk. Już za Strachowo wiatr miałem lekko od tyłu – tu nastąpiła wyraźna zmiana przyjemności rowerowania 😉 Szkoda, że tylko na chwilę ☹. Moja trasa poprowadziła mnie nie po trasie 632 tylko sprowadziła na manowce – dosłownie! Stąd już zdecydowana większość dróg to były szutry, ubite piaski (nie zawsze tak mocno aby opona szosówki nie zatopiła się w tym syfie) i drogi utwardzone z drobnych kamyczków (tylko nie to!!!).

Właściwa „marszruta”, jaką bym dziś wybrał, to trasa 632, 620 a na koniec 618 – i jesteśmy w Pułtusku, przyjemnie napędzani wiatrem w plecy, bez przebitych dętek (a jakże!) i w pełni sił na dalsze zmagania. Ja trasę zweryfikowałem dopiero w Strzegocinie. Do tego czasu byłem już rozdygotany nerwowo, na nie-asfaltowe drogi reagowałem zwykłą agresją, zgrzytaniem zębami oraz przekleństwami (ciekawe ile osób to widziało? 😉). Miałem ochotę płakać wraz z rowerem, który jęczał na tych nierównościach jak pacjent na stole operacyjnym podczas I Wojny Światowej. Przejrzałem potem jeszcze raz te trasy i najgorsze w tym wszystkim jest to, że nie widać tego na tej mapie – że są to drogi nie-asfaltowe. Jest to więc niemałe nieudogodnienie, ale nadal jako nawigacja sprawdza się fantastycznie (bikemap.net).

Sprawa podobnie wyglądała od Pułtuska do Dębe. Choć tutaj stosunek poruszających mnie dróg do asfaltowych był wyraźnie korzystniejszy dla moich zszarganych nerwów (może 15%). Patrząc teraz na mapę także pojechałbym teraz inaczej: droga 571 a potem 632 do samego Dębę. Dalej tereny znam na tyle dobrze, że mogłem poruszać się bez nawigacji i wybierać drogi, które znam i wiem co się po nich spodziewać, bez cienia wątpliwości wymijając drogi słabej jakości.

Ale to nie koniec mojego narzekania. Trzeba to jasno powiedzieć, bo rowerów szosowych jest to bardzo istotne. Duża część dróg asfaltowych (ok. 25%), po których dziś jechałem, jest bardzo zmęczona. Połamana, dziurawa, skorodziała. Były miejsca, że asfalt przypominał puzzle w wersji Pro – kawałki nie były większe niż kilka centymetrów(!). Rowerem trekkingowym czy MTB pewnie byśmy nawet nie zauważyli. Na szosie każdy taki dyskretny przełom czujemy do samego czubka głowy (dobrze, że kask przymocowany paskiem!).

Reasumując: Trasa, jaką tu prezentuję, jest trasą, którą nie polecam jechać. Chyba, że macie rower przynajmniej trekkingowy. Wtedy jest to super trasa. Wiele dróg prowadzi przez łąki, pola, zapyziałe wsie (przeurocze!) i miejsca, których raczej nie spodziewałbym się na mapie. Do szosy trzeba jednak uważniej dobierać drogi, dbając nadal, aby nie poruszać się takim trasami jak droga krajowa nr 50 (tylko dla samobójców) czy droga krajowa nr 62. Oczywiście nie zachęcam do walki z tak długimi trasami, gdy wieje tak mocno, jak dzisiaj wiało (nauczka także dla mnie!). 50 km/h to już jest wartość, która potrafi pozbawić nas nie tylko radości przejażdżki, ale także podnieść ciśnienie.

Na czternastą nie udało mi się dotrzeć do domu. Dojechałem 45 minut później. Na szczęście nic się nie stało, bo Hubi zrezygnował z wypadu na Kazurkę (zmiana planów około-zawodowych). Samej jazdy wyszło mi blisko 6 godzin i udało się utrzymać średnią jazdy niemal 26 km/h. Nie sądziłem, że tak mi się uda. Jest to pewnie zasługa fragmentu ze Strzegocina do Pułtuska, gdzie wiatr w plecy pozwalał mi nawet jechać z prędkością ponad 45 km/h (nie dowierzałem swoim oczom!). Jeden kilometrów miał średnią blisko 44 km/h! 😉

A na koniec moje ulubione zbieractwo – czyli różnego rodzaju nagrody, jakie zdobyłem przy okazji tego rowerowego szaleństwa (jedna jest za wczorajszy trening biegowy 😉):


Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s