Nowa trasa (50km)

Po KrwawaAR siła treningów nieco zmalała. W zasadzie układ pracy także wykluczał zbyt wiele snu (zakończenie miesiąca), więc poniedziałek rest, dzisiaj rest (wspominam o tym, bo najczęściej ostatnio zadawane pytanie to: czy ty czasem odpoczywasz?). Pewnie nadrobię bliżej weekendu 😉

We wtorek postanowiłem rozpocząć treningi od roweru. Bez szczególnego zadania. Uznałem, że po sobocie nie bardzo umiem ocenić stan swojego organizmu, więc pojadę na tyle, na ile pozwolą mi siły. Wskoczyłem więc na szosówkę i wstępnie zaplanowałem 30 kilometrów – czyli moja oklepana i w miarę bezpieczna trasa przez Nowy Dwór Mazowiecki i Jabłonnę. Nie było najłatwiej, bo ruszyłem pod wiatr. Wiatr był znaczący, więc trzeba było z nim nieco powalczyć. Do Nowego Dworu dotarłem jednak bez większego wysiłku i stwierdziłem, że może jednak zrobię trasę 42 kilometry – przez Pomiechówek i Dębe.

Most w Nowym Dworze ciągle jest w remoncie i te wahadło nieco mnie stresuje. Tym razem samochody już czekały, więc uznałem, że jadę na sam początek i spróbuję pojechać przodem. Trochę pokręcony pomysł, bo przecież trzeba będzie jechać dość szybko aby nie wnerwić zniecierpliwionych kierowców – w końcu mają tak powolne samochody, że nigdy nigdzie nie mogą zdążyć, przez co zawsze muszą jeździć za szybko. Gdy drogowiec machnął chorągiewkę (a nie był to koniec, lecz wręcz przeciwnie) wyrwałem sprinta (tu pedały SPD dają dużą przewagę na starcie) i ku mojemu zdziwieniu po chwili miałem ciut powyżej 40 km/h(!). Utrzymałem to tempo do samego ronda, dzięki czasu (tak sobie tłumaczę 😉) nie usłyszałem żadnej trąby za swoimi plecami. Byłem o tyle zaskoczony (prędkością – nie brakiem trąby), że po raz pierwszy udało mi się utrzymać taką prędkość na długości kilkuset metrów. Byłem dumny z siebie a tym samym poczułem, że mam sporo sił i trasę muszę nieco wydłużyć: pojadę przez Krogule i Nunę omijając bardzo znielubiany przeze odcinek trasy nr 62.

Uciekając na moją nową trasę w Pomiechówku przypomniałem sobie, że niemal do samej Cegielni Psuckiej jest pod górę. Tego dnia jednak nie martwiłem się o siły, tylko o czas. Planowałem krótszy trening i wyrwanie kolejnych 30 minut mogło oznaczać, że zahaczę o godziny pracy, kiedy to rozdzwoni się telefon (co dodatkowo wprowadza element nerwowości w miłych treningach). Świadomość ta dodatkowo mnie nakręciła i przycisnąłem nieco, aby nie pozostać za długo na treningu.

Muszę przyznać, że ta mała modyfikacja wprowadza jedynie kilka dodatkowych kilometrów do mojej czterdziesto-dwu kilometrowej trasy, ale staje się ona dużo bezpieczniejsza i zdecydowanie przyjemniejsza, jako że są to całkiem miłe dla oka tereny a szosa jest gładka i bez pułapek szosowych. A od Cegielni miałem właściwie już głównie z górki – czyli jeszcze większa przyjemność jeżdżenia 😉

W Dębe jak zwykle rozpędziłem się z górki – fajne miejsce na osiąganie dużych prędkości. Tym bardziej, że poprawiono w końcu w tym miejscu nawierzchnię i nie wymaga to od rowerzysty wysokiego skupienia i omijania przeszkód, co przy prędkości powyżej 50 km/h robi się już nieco ryzykowne. Tym razem przekroczyłem magiczne 60 km/h 😊 Niezwykłe uczucie, gdy samochód przymierza się do wyprzedza, po czym odpuszcza 😉.

Na resztę drogi przygotowywałem się na mocną pracę – ustawiałem się powoli pod wiatr, a jak wspomniałem, tego dnia był dość mocny. Po około trzech kilometrach zauważyłem, że goni mnie koparko-spycharka – tak na ciągniku. Jechał tak ok. 40 km/h i powoli mnie doganiał. Chciałem chwilę powalczyć, ale pod wiatr to było mało możliwe – zwłaszcza już po 40 kilometrach kręcenia. Dogonił mnie, wyprzedził i wtedy postanowiłem, że jeszcze chwilę go pogonię. I wtedy odkryłem jak naprawdę działa tunel aerodynamiczny! Cudo! Po prostu cudo!!! A tak szczęśliwie się ułożyło, że gość jechał niemal pod sam mój dom, więc pozostałe ponad 5 kilometrów przejechałem w tunelu z prędkością 40 km/h bez wysiłku – 2-3 korby i odpoczynek 😊 To było bardzo miłe doświadczenie 😉

I tak zrobiłem blisko 50 kilometrów utrzymując średnią przejazdu powyżej 30 km/h

W środę natomiast zrobiłem sobie żwawe bieganie. Bez szczególnego celu – jakoś nie miałem ani czasu ani ochoty wbijać do zegarka złożone, interwałowe treningi. I tak ten tydzień miałem rozbity, wiec uznałem, że zrobię przynajmniej 11 kilometrów i powinno być ok. Na początek oczywiście bieg z psem. Nie męczę go już więcej niż 4 kilometry, więc tym razem zrobiliśmy razem 3,5. Jako, że był wcześniej na spacerze, to wyraźnie miał mniej siły niż zwykle (podczas gdy „zwykle” oznacza i tak ociąganie się jakby prowadzony był na pohybel 😉). Ostatecznie i tak wyszło nieźle, bo tempo było niewiele powyżej sześciu. Odstawiłem psa, wrzuciłem Pilipiuka na uszy i ruszyłem na resztę swojej trasy.

Ładna pogoda, nie za gorąco, sporo sił witalnych i ogólna radocha z kolejnego treningu – to przepis na szybki przebieg. Resztę trasy zrobiłem w tempie od 5:00 do 5:20 min/km. Po prostu super! Miałem ochotę jeszcze wskoczyć na rower, ale tego dnia pozwoliłem sobie pospać niemal godzinę dłużej niż zwykle, więc po prostu zbrakło czasu na coś więcej. Okrasiłem sobie jednak ten bieg, jak to z reguły bywa na początku miesiąca, dwoma odznakami ze Stravy 😊


Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s