Krwawa Adventure Race

Za młodu biegałem troszkę na orientację osiągając nawet nieco sukcesów. Nazbierałem całe tony dyplomów (wtedy bardzo rzadko rozdawano medale, a puchary były wyłącznie na liczących się zawodach ogólnokrajowych. Już od jakiegoś czasu nosiłem się więc z zamiarem ponownego zmierzenia się z czytaniem – tylko tym razem, dla odmiany, czytaniem map. Z wyborem imprezy nie było łatwo, bo jest ich na tyle dużo, że trudno oszacować, która na początek będzie odpowiednia. Potem doszedł do tego czynnik dzieci – chciałem im pokazać na czym polega praca z mapą w terenie. Dylematy się mnożyły  a lata mijały. I oto przyszedł nieoczekiwanie dzień, gdy pojawił się challange, który postanowiłem podjąć: KRwawa Advanture Race. Rok temu nie udało się – plany się pokrzyżowały i mimo mocnych chęci, musiałem odpuścić imprezę. W tym roku natomiast wkomponowałem to w mój kalendarz imprez. Pozostało tylko znaleźć innego wariata, który zechce wystartować ze mną 😉

W zeszłym roku do przebycia było 80 km w zespołach dwuosobowych z limitem czasowym 10 godzin na pokonanie biegiem, rowerem i kajakiem. W tym roku wstępnie miało być 90 km (przynajmniej tak zapamiętałem) a potem zeszło na 70 kilometrów. Ponieważ cała impreza jest imprezą na orientację, to i tak dystans jest bardzo długi (wyprzedzając fakty: tylko 4 drużyny pokonały całość mieszcząc się w limicie czasowym). W poszukiwaniu chętnych na zmagania trafiłem tylko na jedną osobę, która miała także do wyboru męża, jako partnera do tej przygody. Wtedy moje oczy zwróciły się na syna i poczęły bardzo niecierpliwie na niego spoglądać 😉 W zasadzie nie naciskałem – dałem mu czas. A czas z reguły robi resztę 😊 Zgodził się a Marta porwała męża i tak powstały dwie drużyny z naszej okolicy znajomych.

Dla Huberta była to zupełnie nowa forma aktywności. Liczba kilometrów i godzin limitu pokazywała, że będzie się działo. Bał się troszkę, czy podobał, czy sił mu wystarczy, ale uspakajałem go, że podchodzimy do tematu na „czilku” – tak aby się pobawić i zobaczyć o co chodzi w tej zabawie. To go chyba przekonało.

Przygotowania do tego „wyścigu” rozpoczęliśmy już dość wcześnie – głównie ze względu na rowery – a właściwie jeden. Jako, że Hubi od kilku grubych miesięcy składał rower z pieniążków zebranych na różne okoliczności (w tym również zarobione), to postanowił, że chciałby w tej imprezie pojechać już na swoim nowym rowerze. Sam rower na wypasie, za ciężkie pieniądze, więc aby zdążyć, zapożyczył się u ojca 😉 Dzięki temu udało się nim wystartować już na Wieliszewskim Crossingu (szczegóły w relacji z imprezy).

Ja na tydzień przed imprezą zacząłem kompletować listę tego, co będziemy potrzebować na tę przygodę wraz w rozbiciu na tzw. przepaki. Codziennie coś dopisywałem i przekładałem jak jakąś układankę logiczną, aby uzyskać jak najbardziej optymalne ustawienie. Drugą listę utworzyłem na potrzeby zakupów. Nie wszystko z tego co potrzebowaliśmy było w naszym posiadaniu. Zakupy wyznaczyłem sobie na czwartek/piątek. Pewnie zastanawiacie się, po co tu tak wydziwiać. Spójrzmy więc na mapę, która pokazywała także schematycznie co nas czeka:

W sumie do przebycia (szacunkowo) było 68,5 kilometra. Na trasie znajdowały się trzy punkty kontrolne, zwane strefa zmian: A, B i C. Przepak znajdował się na B i C. Rozbijmy więc przygodę na elementy pierwsze:

– Etap I: bieg na orientację Scorelauf. Wyznaczonych na mapie było 17 punktów kontrolnych (z perforatorem dla potwierdzenia pobytu) a kolejność zbierania punktów jest dowolna. Pozwala to skutecznie rozproszyć ludzi nawet jeśli wystartują wszyscy razem (a tak zorganizowano start na tej imprezie).

– Etap II: po BnO (biegu na orientację) wracaliśmy do startu, aby otrzymać dodatkowe mapy i przesiąść się na rowery, aby zebrać kolejnych 16 punktów kontrolnych. W tym etapie wyznaczona była kolejność zbierania punktów. Długość trasy: około 15 kilometrów.

– Etap III: Strefa zmian A. Tu z rowerów znowu przesiadaliśmy się na własne dwójki i do wybiegania był mniejszy BnO, także w formule Scorelauf. Dystans szacowany był na 4 kilometry.

– Etap IV: ponownie wskakujemy na rower i podążamy na miejsce strefy zmian B, zaliczając po drodze jeden punkt kontrolny. Tu do wykonania jest także zadanie specjalne. W tym etapie pokonamy przynajmniej 7 kilometrów.

– Etap V: kajaki. Drogą wodną zmierzamy do PK17, gdzie jest strefa zmian C. Tu też czeka na nas zadanie specjalnie. Wodą do przebycia było około 7,5 kilometra.

– Etap VI: BnO: Przebieramy się tu do biegu (korzystając z przepaku) i ruszamy biegiem do miejsca, gdzie zostawiliśmy rowery, zaliczając po drodze kolejne dwa punkty (i trzeci na strefie zmian B). Szacunkowa odległość to 6,5 kilometra.

– Etap VII: To już ostatni etap, który pokonujemy rowerem (ostatnie 20 kilometrów). Do „wyrwania” są już tylko dwa punkty kontrolne.

Jak widać trasa dość przekombinowana. Wiele zmian, przesiadania się, a niewiele możliwości przebierania (nie na każdej strefie zmian można się przebrać). Przy planowaniu przepaków skupiłem się więc głównie na tym, aby mieć w co się przebrać na kajak oraz mieć co włożyć na po-kajaku. Całą resztę traktowałem jako bieg – jeśli chodzi o ciuchy.

Mając tę wiedzę, spakowaliśmy się w piątek dość szczegółowy, dzieląc czas pomiędzy samo pakowanie, a przygotowanie prowiantu, a przygotowanie sprzętu. Całość zajęła nam blisko 5 godzin(!). Czas, jaki musieliśmy na to wszystko poświęcić zaskoczył nawet mnie. Spodziewałem się sporego nakładu czasowego, ale zdecydowanie nie aż tyle.

Rano pobudka, ogarnięcie zwierząt, śniadanie, ostatnie pakowanie, sprawdzenie kompletności ekwipunku, sprawdzenie sprzętu i po dwóch godzinach można było ruszyć w trasę. Hubi nieco niewyspany, przespał całą drogę na Wawer – chociaż on nieco wypoczął przed imprezą 😉.

Na miejscu ostatnie pakowanie, ubieranie (w tym kasków, czapek, plecaków itd.), przygotowanie miejsca dla rowerów, szybka toaleta, oddanie przepaków, depozytu i w zasadzie trzeba było maszerować na odprawę. Tuż przed odprawą spotkaliśmy Martę z Pawłem i wymieniając się zdaniami, od słowa do słowa, wyszło, że w zasadzie możemy pobiec razem. Ani oni, ani my nie mieliśmy zbyt wielkich aspiracji i ambicji. Dla wszystkim impreza stanowiła dość duże wyzwanie a co gorsze: dość nowe wyzwanie, więc należało podejść do tego spokojnie, poznawczo i na luzie.

I tu jest to miejsce, gdzie warto ponarzekać na organizatorów. Teraz już wiem, że jest to druga impreza tego typu organizowana przez fundację Maratonu Warszawskiego. Wiele błędów się więc wybacza. Są jednak takie typy błędów, które znacząco wpływają na to, jak zachowa się później drużyna/zawodnik. Zacznijmy więc od narzekania:

– bardzo słaby i niepełny regulamin imprezy. Wiele szczegółów tu brakuje – zwłaszcza dotyczących zasad samej imprezy i poszczególnych etapów.

– dość pobieżna odprawa. Wiele kwestii nie zostało wyjaśnionych, tak że o niektórych dowiedzieliśmy się dopiero w strefie zmian A (dość mało profesjonalne!).

– brak jasno i wyraźnie określonej informacji dotyczącej limitu czasowego wejścia na kajaki (brak w regulaminie, niewystarczająca informacja na odprawie: nikt z nas nie wychwycił takiej informacji).

– brak konsekwencji w liczeniu punktów i czasu (to moja osobista opinia – dotyczy naliczania kar czasowych – ale może jestem w błędzie? Pozwoliłem sobie dopytać organizatora o interpretację takich zdarzeń).

Na analizę mapy przed startem mieliśmy dosłownie pojedyncze minuty. To co na szybko wymyśliliśmy, zmieniliśmy dosłownie kilkanaście metrów za startem, goniąc cały kordon ludzi, licząc na to, że wiedzą lepiej 😉 Szybko się okazało, że z tą wiedzą nie było tak łatwo. Dość szybko dotarło do mnie, że mapę, która mamy jest celowo „odchudzona” i „wybielona” na niektórych obszarach, przez co orientacja w terenie na krawędziach była dość trudna. Dodatkowy problem, jaki się pojawił tuż za startem to mój kompas, który miał naniesione podziałki dla leniwych, które to pomyliłem z centymetrem, podczas gdy tylko jedna krawędź była tradycyjną milimetrową linijką. Przez to przez kilkanaście minut bardzo nieprecyzyjnie wyznaczałem odległości, jakie mieliśmy przebiec, aby odnaleźć się w wyznaczonych/planowanych miejscach. Słowem: ciężki był rozruch po trzydziestu latach…

Przeskok na drugą stronę mapy (poprzez „wybieloną” część) był prosty i przyjemny. Tam przepiękne okoliczności rzeczki, lasków, drzew i ogólnie pojętej przyrody. Biegaliśmy, choć nie za wiele i bez forsowania tempa. Niemal ciągle rozmawialiśmy, żartowaliśmy, w międzyczasie rozkminiając, którędy iść dalej i który punkt kolejny zaliczać. I przy oczyszczalni ścieków, gdy trzeba było wrócić na drugą stronę mapy, popełniłem kolejny błąd, który tym razem kosztował nas jakieś 30 minut. Kiedyś za taki błąd spłonąłbym albo ze wstydu, albo na stosie. Masakra! Na szczęście miałem wyrozumiałych towarzyszy i nawet mnie nie chcieli zbesztać (a powinni!). Błąd udało się naprawić, czasu przywrócić już nie.

Kolejnym wyzwaniem były dwa punkty leżące dość blisko siebie (w odległości ok. 100-150 metrów od siebie). Przy przeszukiwaniu terenu okazało się, że w pobliżu był jeszcze jeden punkt. Tu można było popełnić kolejny błąd, przy odbijaniu niewłaściwego punktu. Nauczony doświadczeniami poprzednich minut, tu spędziliśmy chwilę, aby mieć stuprocentową pewność, że wybieramy właściwe punkty. Po tych poszło już jak z płatka. Zdecydowanie marzyliśmy już o tym, aby przesiąść się na rower. Z drugiej strony obawialiśmy się, jak to będzie szukać punktów kontrolnych siedząc na jednośladzie – nikt z nas wcześniej tego nie robił…

Najtrudniej było trafić do punktu PK1, chociaż nie zajęło nam to nie więcej niż 10 minut w sumie. Zaczęło nam iść na tyle dobrze, że trzeba było nieco urwać ogon. Wtedy bardzo wyraźnie zauważyłem, że nasi towarzysze nie są tak wprawieni na rowerach jak ja z Hubertem. Faktem jest, że jeszcze 2 lata temu jeździliśmy podobnie. Pozbawieni techniki, mocy i sprzętu. Gdy wpadliśmy w wir treningów, tak szybkościowych jak i technicznych, to nawet nie zauważyliśmy, kiedy podnieśliśmy nasze umiejętności. Dziś przejazd przez las to mega frajda i okazji do pokonania serii korzeni, dołków, piasków, zjazdów czy nawet podjazdów. Robimy to na coraz większej prędkości radząc sobie coraz lepiej z łachami piaskowymi, które jeszcze rok temu skutecznie pozbawiały radości jeżdżenia. Trudno się więc dziwić naszej zaprzyjaźnionej drużynie, gdy spowalniały ich wszelkie przeszkody i co większa przestrzeń piaskowa zrzucała z roweru niczym odpychający magnes. Ale nikt nie myślał opuszczeniu towarzyszy niedoli 😊 Często więc z Hubertem się sforowaliśmy aby wyszukać punkt. W tym czasie Marta i Paweł dojeżdżali do nas i można było ruszać dalej. W zasadzie tylko teoretycznie, bo to pozbawianie ich odpoczynku wkrótce zaczęło się mścić a ich tempo wyraźnie spadało. Wyraźnie rower był ich piętą Achillesową.

Gdy dotarliśmy do strefy zmian A tu spotkało nas miłe powitanie zespołu obsługi punktu oraz kilka gorzkich prawd, o których plotkowano już wcześniej na trasie. Główna zła wiadomość to limit czasowy wejścia na kajaki: do godziny 15:00. Pozostały nam więc dwie opcje:

– ruszyć na BnO (czyli etap III) i z pewnością nie zdążyć na kajaki,

– odpuścić etap III i ruszyć na kajaki tak szybko, aby zdążyć.

Wybór jednak był bardzo pozorny, bo do strefy zmian A dotarliśmy o godzinie 14:49. Wiadomym więc było, że na kajaki nie zdążymy już w żaden sposób. Ale właściwie nie było to dla nas problemem, bo panie z ekipy (dopiero tu!) wyjaśniły nam wszelkie niuanse tej imprezy, jej zasad i tego co się dzieje jeśli z czegoś rezygnujemy. Dopiero tu zrozumieliśmy na czym polega ta impreza i dopiero tu byliśmy gotowi układać strategię. Szkoda, że tak późno.

Złe wrażenia związane z organizacją jednak szybko znikły. Panie poczęstowały nas wodą, ciastem a nawet shushi!!! Pełen wypas! Po chwili pojawiły się drożdżówki. Można było całkiem nieźle się posilić na dalszą część zmagań. I tak przeszliśmy do etapu III – BnO.

Ta część biegu była niezwykle łatwa. Znajdowanie punktów szło niemal jak po maśle. W tym miejscu już nie było także takiego „tłumu”. Zdaje się, że nie spotkaliśmy nikogo. W jednym punkcie znowu popełniłem błąd i skręciliśmy w jedna uliczkę za wcześnie. Była ona nieprzejezdna i postanowiliśmy ją mimo wszystko sforsować. Było to o tyle realne, że działka, która grodziła nam drogę, była tylko prowizorycznie ogrodzona i pusta. Suma summarum straciliśmy tu relatywnie dużo czasu – obiegnięcie na około (nie było aż tak dużo do nałożenia drogi) mogło okazać się bezpieczniejsze i szybsze. Zwłaszcza, że Pawłowi udało się nieco uszkodzić palec – na szczęście nic poważnego. Szybka dezynfekcja, opatrunek i można było podążać dalej. Ten etap ogarnęliśmy w niecałą godzinę. I pewnie pojechalibyśmy dalej, gdyby nie to, że pojawiły się jeszcze kolejne drożdżówki i mufinki – mniamuśne!

Droga do punktu PK15 była bajecznie super! Zwłaszcza na rower 😊 Naszym towarzyszom nie bardzo pasowała taka droga – raczej nie zwykli jeździć na takich trasach. A trzeba dodać, że duża część trasy prowadziła wyznaczoną trasą MTB (czarny szlak). Był to fragment, który mi i Hubertowi sprawił wiele frajdy. Nawet pomimo tego, że raz się wywróciłem na piasku, zbyt mocno manewrując. Na szczęście nic się nie stało i po chwili znowu szalałem – wprost idealna trasa do treningu MTB! Uznaliśmy z Hubertem, że musimy tu wrócić i pokonać tę trasę przynajmniej raz (z akcentem na słowo „przynajmniej” 😊 ).

Od pomnika lotnika (PK15) uznaliśmy, że czas wyjechać na nieco łatwiejsze trasy, aby zyskać na czasie. Wybraliśmy więc bardziej zurbanizowane tereny, gdzie mogliśmy liczyć na drogi utwardzone a nawet asfaltowe. Do strefy zmiany B (czyli PK16) trafiliśmy bez pudła. Tu czekało na nas zadanie specjalne: nadawanie i odbieranie sygnałów Morse’a za pomocą chorągiewek. Dla mnie nie była to nowość – w końcu przez wiele lat byłem czynnym harcerzem i nawet rok instruktorem – więc zadanie przebiegło niemal bez zakłóceń (Hubi nieco się pogubił i pomylił niektóre sygnały 😊 ).

Cateringowo tu również było bardzo przyzwoicie: drożdżówki, pizzerynki, woda plus to co mieliśmy w swoich przepakach. Niestety kanapki umieściłem w przepaku C, który znajdował się na końcu etapu kajakowego, więc wyglądało na to, że kanapek nie zjemy. Ta strata bolała tylko chwilę, bo Hubertowi podpasowały pizzerynki, więc udało mu się uzupełnić energetykę organizmu czymś bardziej naturalnym niż żele i batony energetyczne.

Tu podjęliśmy decyzję, że bawimy się dalej i „odbijamy” dwa ostatnie punkty, nawet jeśli okaże się, że nie zmieścimy się w limicie czasowym – tak aby poćwiczyć jeszcze zabawy na orientację. Z tej też okazji postanowiliśmy jeszcze uwiecznić naszą paczkę na fotografii. Szybka sesja fotograficzna i w drogę!

Oba punkty były dość trudne. Niebieski szlak wijący się obok Świdra był kręty i bez wielu znaków szczególnych. Wielokrotnie zatrzymywaliśmy się aby sprawdzić, jak nam idzie, ile jeszcze do punktu i czy przypadkiem już nie minęliśmy go. Punkt znalazł Hubi i to tak wypatrzył bezbłędnie, że byliśmy pełni podziwu. Drugi punkt szukaliśmy chwilę, a że nie mogliśmy go znaleźć i było już tylko 10 minut do 20:00 to zaczęliśmy podejrzewać, że punkt został już zabrany przez organizatorów. Byłem bliski już telefonowania, aby się upewnić, gdy dojrzałem punkt z ponad 200 metrów! Aż trudno było uwierzyć, że pomyliłem (znowu) skrzyżowania. Niby honor uratowany, ale niesmak pozostał 😉

Po tym było już tylko dodarcie do mety. Niby „tylko”, ale tych kilometrów zostało ponad 10 i do tego musieliśmy jakoś przeskoczyć na drugą stronę budowy obwodnicy. Zaproponowałem więc trasę, która w dużej większości była asfaltowa, troszkę na około, ale za to bez potrzeby patrzenia na mapę, co nie zabierało nam już tak wiele czasu. Wprawdzie limit czasowy i tam przekroczyliśmy i wiedzieliśmy, że to większego znaczenia nie ma, ale Hubi miał połamane siodełko i już bardzo narzekał na swój tyłek. Miał ochotę już zsiąść z roweru i odpocząć. Skończyło się to więc tym, że w którymś momencie wysforowaliśmy się na przód i jeszcze lasem przeskoczyliśmy w szybkim tempie na metę.

Na mecie gorąca zupa, batony, drożdżówki, pizzerynki, woda… Dostaliśmy nawet medal 😉 Chwilę po nas przyjechała Marta z Pawłem – wyraźnie umęczeni. Przyznali, że oni już mieli odcinkę na sam koniec. Dopiero kilka minut odpoczynku i posiłek pozwolił im wrócić do żywych 😊Powspominaliśmy świeże przygody, wymieniliśmy nasze wrażenia, opinie, omówienie tego, co nie zdążyliśmy po drodze (np. zasady biegu) a co ważniejsze: każdy przyznał, że była to zdecydowania warta zachodu przygoda. Aż żal było się rozstawać – ja ciągle czułem się na siłach aby jeszcze chwilę powalczyć. Przynajmniej tak mi się wydawało, dopóki nie siadłem za kółkiem a potem po prysznicu 😉. To było obłędnie fantastyczne i koniecznie do powtórzenia!

I na koniec, aby polepszyć smaczek: zdecydowane zalety imprezy:

– kameralna impreza – zdecydowanie wolę takie, niż spędy setek uczestników.

– świetnie przygotowane zaplecze gastronomiczne (może dlatego, że regulamin nie przewidywał takiej opcji): gorąca zupa, wszelkiej maści drożdżówki, batony, woda, a na strefie zmian można było dodatkowo skosztować mufinki, suhsi, ciasta własnej roboty. Jednym słowem: super!

– ciekawa przygoda, różnorodna, dająca sporo możliwości i różnorodności.

– wybrane wspaniałe tereny – nie znałem Wawra z tej strony! Wrócę tu z pewnością, nie czekając na kolejną imprezę.

– każda drużyna dostała GPS i znajomi mogli obserwować zmagania drużyn,

– zapis GSP pozwala zweryfikować strategię i postępy drużyn konkurujących – wspaniałe narzędzie, pozwalające lepiej zrozumieć swoje błędy i w przyszłości (jeśli się uda) lepiej zaplanować start w takiej imprezie (http://event.trackcourse.com/view/krwawa-ar-2019?fbclid=IwAR1Hh2LuWHkt6GDhHeVUOloOVksgS8r4EaTHXU8g8aqs3fzg61EvxTrKMzk).

– zdecydowanie miła załoga: niezmanierowana, uśmiechnięci, mili, pomocni i troskliwi (to spotykam wyjątkowo rzadko).


Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s