Kolejna setka

Dzisiaj święto, dość wielkie. Po tym krótkim tygodniu gonitwy zawodowego życia z przyjemnością wsiadłem na kolarkę. Plany były ambitne: 150 kilometrów. Życie i zmęczenie zweryfikowały te zamierzenia. Głównie przez to, że miałem wstać o 3:00, a zbudziłem się o 5:00. Dwie godziny w plecy, to mniej więcej 50 kilometrów przejażdżki. Plany zweryfikowałem więc do 100 kilometrów (taka ładna magiczna liczba).

Zmieniając temat.

Jak to jest, że sami tworzymy sobie coś w rodzaju mini piekła, tu na ziemi? Dlaczego się uparliśmy ciągle denerwować, gniewać, dąsać, obrażać i Bóg wie co tam jeszcze? Ach tak! Pamiętam. „Bo on….”, „bo ona…”, „bo ja już nie mogę zmieść…”, „bo…”… Zawsze jest ktoś winny. Tak jakbyśmy w tym momencie przestawali istnieć i byli tylko narratorem życia. Pewnie wielu teraz podniesie raban: „ale jak  to?! Przecież to nie moja wina, że…”. Zastanówmy się jednak chwilę. Od kogo zależy nasze nastawienie do drugiego człowieka? Od niego? Od jego zachowania? Sposobu bycia? A może dlatego, że to MI się dany ktoś nie podoba, nie pasuje, nie wpisuje się w moje standardy, nie słucha moich rad i zupełnie nie liczy się z moim zdaniem?

Wystarczy troszeczkę zmienić perspektywę spojrzenia aby przekonać się, że gniewamy się, obrażamy na innych tylko z własnej woli i tylko siłą własnej woli i chęci. To od nas będzie zależeć jak potoczy się nasz dzień i naszych bliskich, otoczenia. Czyż nie dużo prościej jest wyłuszczyć co mnie boli, powiedzieć wprost i jednocześnie zrozumieć, że to ja mam problem, bo to ja się z tym źle czuję. Oczywiście jeśli jest to temat, który można zmienić – zróbmy coś; jeżeli temat, na który nie mamy wpływu – odpuścić.

Bierzcie więc oręż w swoje ręce i walczcie! Ups! Zapomniałem dodać definicji:

Oręż – dobre nastawienie, słowo i uśmiech.

Przejechałem dziś ponad 115 kilometrów. Mijałem dziesiątki rowerzystów (z czego ok. 1/4 tych na szosówkach) i czymś niezwykłym było pozdrawiać ich, jak pozdrawiają się chociażby motocykliści, czy biegacze. Niewielki odsetek nie wiedział o co chodzi i robił(-a) naburmuszoną minę z wymalowanym tekstem „a my się w ogóle znamy???”. Jedną dziewczynę, którą mijałem, pozdrowiłem jak innych – tak bez wahania. Może dlatego, że już z daleka się uśmiechała. Można? Można i trzeba. Część byłą nieco zmieszana – pewnie zastanawiali się, czy my się znamy (chociaż jakie to ma znaczenie?).

Ludzie! Czerpiemy tyle radości z różnego rodzaju sportów – dlaczego więc nie czerpać jeszcze więcej? Pozdrawiajmy się, mówmy sobie „Dzień Dobry”, „Cześć”, koniecznie się uśmiechajmy! I my się lepiej poczujemy (o zaletach uśmiechania się i śmiania nie muszę chyba nikogo przekonywać) i INNYM DAJEMY szansę lepszego samopoczucia. Przecież dawanie innym nie jest tak trudno jak mogłoby się to tak wydawać! Więc jeśli spotkacie mnie na trasie – odpowiedzcie uśmiechem, pozdrowieniem, machnięciem ręki czy nawet głowy. W końcu wszyscy pochodzimy z tego samego gatunku homo-sportus.

Wracając do meritum 😉

Zaspałem dwie godziny. Zmiana planów. SMS do Bogusia, że jednak nie dam rady. Szybko muszę przeliczyć gdzie mam jechać i ile, bo dziś jeszcze goście przyjeżdżają, więc muszę mieć czas nie tylko na toaletę ale i jakieś ogarnięcie tego i owego. Wyliczenia szybko pokazały, że w sumie to stówkę powinienem móc zrobić a do Bogusia jest 53 kilometry. Sprawdziłem jeszcze kierunek wiatru, bo wolałem mieć go w plecy wracając i w końcu ruszyłem w stronę Karczewa. Plan był prosty: jak dojadę – to ok, jak nie – to tylko zostawię SMSa (Boguś znikał o 9:00 z domu).

Zdążyłem. Okazało się, że nawet jadąc przez miasto i pod wiatr udało mi się utrzymać dość wysoką średnią (powyżej 27 km/h). Zatankowałem więc u niego, zamieniliśmy kilka uprzejmości i ruszyłem w drogę powrotną. A chciałem przeskoczyć promem na drugą stronę Wisły – niestety 8:15  i nadal nikogo nie było widać przy promie – poza czekającymi. Ruszyłem więc wzdłuż Wału Miedzeszyńskiego i zahaczyłem o Krzysia i Ewę – niestety nikt nie otwierał, samochodu brakowało – trzeba było ruszać dalej. Po chwili dostałem SMSa zwrotnego (bo oczywiście wcześniej się zameldowałem SMSem), żebym wracał, bo kawa się parzy 😉 Niestety byłem już za mostem i była ostatnia rzecz, na którą byłem gotowy 😉

Po drodze wstąpiłem w Jabłonnie jeszcze do Rafała. Trochę ciężko mi się patrzy, jak tęsknie patrzy na tę moją szosę, ale chęć zobaczenia się z tą mordą była silniejsza 😊 Tu znowu zatankowałem, wymiana kilku zdań i znowu pęd do domu.

Bardzo korzystny wiatr w plecy (w drodze powrotnej) i brak słońca (przychmurzone lekko) sprawiły, że tej stówce ciągle jestem na chodzie. Zjadłem śniadanie, wykąpałem się, zrobiłem chleb a nawet siadłem do komputera by znowu coś pobazgrać 😉


Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s