Trzeci maraton

Relacja dotyczy Maratonu Warszawskiego z września 2018 (takie tam zaległości 😉 ):


Gdy kończyłem pierwszy, cieszyłem się, że w końcu będę mógł tytułować się maratończykiem. Gdy kończyłem tegoroczny, uznałem, że teraz dopiero mogę tytułować się prawdziwym maratończykiem 🙂 Każdy maraton jest jednak inny, każdy niesie wiele nowości, przygód, zmagań. Każdy maraton czyni nas mocniejszymi i każdy z nich tworzy z nas maratończyka na nowo.

Już kilka dni przed startem stres był wyraźnie odczuwalny, a niepokój rósł z dnia na dzień, z godziny na godzinę. Skąd się to  bierze? Przecież nie walczę o podium, nagrodę, sławę… Ok. wyznaczyłem sobie ambitny plan (raczej zbyt ambitny), że pokonam ten bieg w czasie 3:45. Ale to był tylko plan. Jeśli go nie wykonam – świat się nie zawali. Jeśli go wykonam – super. Teoretycznie bez spiny. Teoretycznie. Miałem za sobą już dwa maratony i już wiedziałem czym to pachnie.

Do tego startu kupiłem plecak z bidonem, aby w miarę możliwości uniezależnić się od punktów żywnościowych, które zawsze wybijają z rytmu i zabierają sporo drogocennego czasu. Pierwsza próba plecaka na ostatnim długim wybieganiu skończyła się obtarciem  pleców i ciągle słabo dopasowanymi paskami. Aby ogarnąć ten plecak, całą sobotę chodziłem z nim na plecach (z pełnym bidonem) aby znaleźć najlepszą wersję ustawień ramiączek. To był dobry pomysł i sprawdził się doskonale. Podczas całego biegu ułożenie plecaka nie zajmowało mojej głowy, a co ważniejsze, nie uwierało. Wprawdzie przez całą sobotę rodzina miała ubaw po pachy z mojego dziwnego przyodziewku, ale w końcu jestem od tego aby im także dostarczyć odpowiednio wiele radości i powodów do uśmiechu (nawet tego ironicznego).

Kolejnym elementem, nowym w moich maratonach, było zaplanowanie żywienia i uzupełniania napojów izotonicznych. Za ten etap przygotowań zabrałem się jednak nieco za późno i ostatecznie plan był zbudowany troszkę w ciemno i nie do końca okazał się doskonały. Plan zakładał „podkarmianie” się żelami energetycznymi w połączeniu z napojami izo, bananami i wodą. Uwzględniłem więc punkty żywieniowe na trasie wraz z moimi zapasami i złożyłem z tego taki schemat:

7,5 km – żel energetyczny (60kcal)

10 km – banan (punkt żywieniowy – ok. 60kcal)

12,5 km – żel energetyczny

15 km – banan

17,5 km – żel energetyczny

Itd.

Do bukłaka w plecaku wlałem 1,5 litra Oshee i dopełniłem wodą do 2 litrów. Wodę z założenia uzupełniałem na punktach nawodnienia. Tak przygotowany schemat wpisałem flamastrem permanentnym jako tatuaż na wewnętrznej stronie przedramienia.

Spakowałem odpowiednio plecak, napełniłem bidon a następnie przygotowałem ubrania z uwzględnieniem niskich temperatur, których się spodziewałem jeszcze na początku trasy. Następnie zaplanowałem gdzie zostawię samochód, gdzie zrobię rozgrzewkę (planowałem ok. 5km) i jak  dotrę do linii startu. Potem pozostało tylko zaplanować czas  wyjazdu, pobudki itp. Wieczorem w sobotę czułem, że jestem gotowy i że pomyślałem o wszystkim.

Podobnie jak rok temu, Rafał zaoferował się, że wesprze mnie na końcowych kilometrach, biegnąc ze mną. Uzgodniliśmy, że będą to ostatnie 12 kilometrów. Stąd wyjechaliśmy w niedzielę na start wspólnie i nawet rozgrzewkę zrobiliśmy wspólnie. Poranny ziąb był bardzo nieprzyjemny i nawet rozgrzewkowy bieg nie pozwolił mi się wystarczająco zagrzać. Na start poszedłem więc z ubraną bluzą a pod bluzą koszulka z długimi rękawkami. Krótkie spodenki skutecznie pozbawiały mnie ciepła – było to wyjątkowo niesympatyczne.

Na starcie  stanęło blisko 8 tysięcy maratończyków i równie dużo piątkowiczów (bieg na dystansie 5 km). Tłum był ogromny a jego ciągłe ruchy przypominały pulsującą krew widzianą pod mikroskopem. Przez to zamieszanie ledwo udało się spotkać z Bogusiem i Karoliną. Zdjęcie udało się zrobić tuż po tym, jak wystartowały wózki inwalidzkie. Musiałem więc ruszyć nie ze  swojej strefy czasowej. Tym razem jednak nie miało to większego znaczenia – na szczęście.

Start, jak zawsze, był spokojny i niemal ospały. Takie tłumy musiały przecisnąć się przez ucho igielne startu, by po  chwili rozlać się na szersze arterie ulic Warszawy. W tym roku początek trasy dobrano na tyle dobrze, aby już po 500m poczuć luz i swobodę biegania – dodatni punkt dla organizatorów! Uruchomiłem więc audiobooka i ruszyłem na walkę ze swoimi planami.

Pierwsze problemy pojawiły się zadziwiająco wcześnie. Na drugim kilometrze  postanowiłem, że czas rozpocząć nawadnianie. Wiedziałem, że brak odpowiedniego nawodnienia to bardzo poważny problem i spadek mocy o grubo ponad 50%. Gdy jednak  spróbowałem pociągnąć izotonika z rurki, okazało się, że jest gdzieś zblokowana i napój nie chciał popłynąć! Troszkę mnie to przestraszyło – oznaczało to, że całe moje plany omijania niektórych punktów nawodnienia legł w gruzach. Żeby się nie zasapać za mocno, próbowałem uruchomić „nawodnienie” co kilkadziesiąt metrów  – bez pozytywnych rezultatów.

Byłem więc zdany na to, co przygotował dla zawodników organizator. Mimo to, nie rezygnowałem z prób i ku mojemu zaskoczeniu w okolicy 3- lub 4-tego kilometra nagle z rurki poleciało! Gdy spróbowałem jednak po kilkudziesięciu metrach, ponownie rurka zdawała się być kompletnie zatkana (OMG!). Układałem więc przewód doprowadzający na wiele sposobów, licząc, na to, że uda mi się odblokować ten zator. Co jakiś czas: nawet z pozytywnym skutkiem! Nadal jednak nie mogłem znaleźć reguły – kiedy, jak, w którym momencie, jakim ułożeniu? Makabra!

I tak z bukłakiem walczyłem blisko połowę trasy. Frustracja rosła a ja traciłem cenny czas na puntach nawodnienia, bo z nawodnienia nie mogłem rezygnować. Mimo to czas półmaratonu miałem wielce zadowalający. Prognoza maratonu wskazywała na czas 3:40.

Gdy wreszcie zrozumiałem co nie działało w bukłaku, zdałem sobie sprawę, że taki sprzęt powinno się jednak więcej niż raz testować – wtedy nie miałbym tak dziwnych przygód. Cały szpas polegał na tym, że końcówka, którą się „rozgryza” ucięta była w jednym kierunku. Jeśli gryzło się równolegle do rozcięcia, to blokowało to skutecznie dopływ płynów i przewód zachowywał się, jakby był czymś przytkany. Przekręcenie końcówki o 90 stopni rozwiązywało problem i napój dało się swobodnie pociągnąć.

Żele i banany natomiast „szły” zgodnie z planem. Tu też jednak popełniłem  drobny błąd, który utrudnił mi rozeznanie się w moim planie. „Tatuaż” zrobiłem sobie trwałym flamastrem około południa w sobotę (czyli dzień wcześniej). Flamaster wcale nie okazał się tak dobry, jak się spodziewałem. Już po 7-8 kilometrze był nieco wytarty i wielu napisów musiałem się domyślać. Na szczęście to ja go wymyśliłem i dało się dopowiedzieć, to czego już nie mogłem doczytać. Taki tatuaż warto zrobić dopiero w dniu startu.

Kolejny element, który zapewne też złożył się na zmęczenie psychiczne, to bardzo ciężki audiobook, który nawet słuchany na co dzień bardzo męczył, a przy zmaganiach maratońskich jego „siła młotka” była wielokrotnie mocniejsza. Po dwóch godzinach słuchania nie miałem ochoty nawet przełączać na muzykę. Zmęczona głowa nie jest dobrym pomysłem na maraton. A jeśli aplikujemy to sobie na własne życzenie to już zahacza o masochizm wtórny. Na następny maraton muszę to gruntownie przekonfigurować!

Pogoda w biegu nie przeszkadzała. Po kilku dobrych kilometrach mogłem nawet zdjąć rękawki i zamienić czapkę na apaszkę. Tu plecak spełniał swoje zadanie doskonale: sporo miejsca na żele, picie, kieszonki na rękawki, apaszki i czapkę. Słońce dodawało nieco radości do biegu, poprawiało delikatnie samopoczucie. Nie za zimno, nie za ciepło. Może trochę wiatru miejscami było za dużo, ale nie przeszkadzał tak bardzo jak profil trasy.

Profil trasy był przekombinowany. Wiele podbiegów pożerało zapasy energii w zastraszającym tempie. Wysysało nie tylko energię ale i osłabiało mentalnie. Zwłaszcza, że niektóre z tych podbiegów robiło się więcej niż raz. Słowem: trasa było zdecydowanie przekombinowana. Być może to też było bezpośrednią przyczyną trudności, z jakimi musieli się zmierzyć zawodnicy…

Mnie dopadło w okolicach 28 kilometra. Nagle  zapragnąłem przejść do marszu, odpocząć, odpuścić. Fajnie szło, szacunkowy wynik ciągle był na poziomie 3:40, więc wyglądało to obiecująco, a jednak ochota do biegania odeszła. Nie mogłem się jednak zdecydować, kiedy przejść do marszu. Na 30-tym kilometrze czekał już na mnie Rafał – uznałem więc, że na ostatnim podbiegu przed spotkaniem, przejdę do marszu i wtedy z Rafałem ruszymy dalej. Na początku podbiegu stał jednak jeden z kibiców, który krzyczał, że z górki się zbiega, że to nie jest podbieg, tylko zbieg, że to tylko złudzenie i mamy biec ciągle dalej! I tak zrobiłem 🙂 – nie zatrzymałem się i Rafał dołączył do mnie, a we mnie wstąpiła nowa nadzieja: że jego obecność uzdrowi moją zmęczoną głowę i znajdę nowe pokłady sił.

Nowych pokładów sił jednak nie odnalazłem. Odczuwałem coraz większą chęć odpuszczenia i przejścia do marszu, porzucenia ścigania się ze sobą, realizacji tego, jak mi się teraz wydawało, szaleńczego planu. Rafał szybko zrozumiał jak słabo jest i nie pytał więcej „jak jest”. Zagryzałem zęby i próbowałem wyłączyć myślenie. Z każdym kilometrem nie było lżej – wręcz przeciwnie. Czułem opór nóg, miałem wrażenie, że znowu są tylko podbiegi a ludzie, którzy masowo zaczynali zatrzymywać się, aby rozciągnąć skurcze dodawały mi czarnych kolorów do mojego obrazu. Zacząłem siebie pytać, czy też nie powinienem nieco odpuścić, bo gdy przyjdzie skurcz, może być już za późno? Tłumaczenie zupełnie absurdalne, ale ukierunkowane by wytłumaczyć sobie przejście do wolniejszego tempa.

Ostatecznie przeszedłem do marszu na ok. 34. kilometrze. Był to jednak efekt  nie tyle wygranej mojej zmąconej głowy, lecz pojawienia się bólu bocznego lewego kolana. Dla mnie, doświadczonego troszkę przez kontuzje, był to jasny sygnał: pasmo piszczelowo-biodrowe (dla tych bardziej medycznych: również inaczej nazywane, ale mi się tak utarło). Wystarczyło, że mnie pociągnęło i strach wyzwolił nowe pokusy aby przejść do marszu. Mobilizacja na szczęście przyszła szybko – wystarczyło 50 metrów aby znowu dźwignąć się do biegu. Przebiegłem wprawdzie niecały kilometr, gdy znów mnie pociągnęło przy kolanie, więc znowu maszerowałem. Tym razem już zły, że może to oznaczać katastrofę. Do tej pory szło nie najgorzej (zmiana sposobu myślenia była wręcz zaskakująca!) a tu miałbym resztę kilometrów przejść marszem??? Mijając coraz większe „tłumy” rozciągających pościągane mięśnie, zacząłem sobie zdawać sprawę, że nie jest za dobrze a wynik jest nie tylko zagrożony, ale wręcz dotarcie do mety może stanąć pod znakiem zapytania. Zaniepokojone spojrzenia Rafała podsycały powagę sytuacji. Uznałem więc, że jeśli mam domaszerować do mety, to spróbuję pobiec tyle, ,na ile mi pozwoli mięsień. Przeszedłem około 200-300 metrów i ruszyłem ponownie, zaczynając od truchtu.

Na tym dystansie byłem już pogodzony z utratą zaplanowanego celu i zacząłem się koncentrować na tym, aby ukończyć maraton – niezależnie od uzyskanego czasu. Myślałem tak intensywnie, że nie zauważyłem nawet, gdy miałem pokonany kolejny kilometr a ból z kolana zniknął! Odkrycie to wzmocniło moją wolę i nabrałem nowej nadziei. Na zegarku wprawdzie widziałem już, że osiągnięcie wysoko postawionej poprzeczki raczej nie będzie możliwe, ale ciągle miałem szansę zmieścić się poniżej czterech godzin. Od tej niemal szczęśliwości umysłowej nie przybyło mi zbyt wiele sił. Szybko zorientowałem się, że choć ból kolana zniknął to nie miałem mocy na tak szybkie zmierzanie do mety, jakbym chciał. Starałem się wykorzystywać głównie zbiegi, aby przyśpieszać, a na podbiegach oby tylko nie zatrzymywać się. To już była nierówna walka, ale świadomość, że ciągle jestem w ruchu (biegu), budowała właściwą aurę pozytywnego myślenia.

Na koniec ta cholerna prosta na Wisłostradzie! Kto to wymyślił??? Tak nie lubię takich prostych, że nawet udało mi się delikatnie przyśpieszyć. Rafał miał na szczęście wystarczający zapas sił, aby ciągle trzymać się przede  mną – abym mógł go gonić. Do końca więc nie byłem pewny, czy przyśpieszam, czy tylko tak mi się wydaje. Miałem jednak tak dosyć tego maratonu, że chciałem go skończyć i zapomnieć. A najlepiej przed zapomnieniem jeszcze dobrze wypić. Niezadowolenie z niezrealizowanego celu (to nic, że bardzo wysoko postawiłem poprzeczkę), nieprzyjemne zmęczenie – tak emocjonalne jak i fizyczne, napędzało mnie, aby zakończyć te męki i zacząć myśleć o następnym, lepszym starcie. Gdy spojrzałem później na zapis zegarka, to ten ostatni kilometr trzymałem na poziomie 5:20, gdy trzy poprzednie na poziomie 6:00 – złość była wyraźna i co dziwniejsze: dla mnie skutecznie mobilizująca!

Na mecie, jak zawsze euforia, szczęście, uśmiech, radość i stękanie. Uściski, gratulacje, natychmiastowa chęć pogratulowania pozostałym z naszej grupy i przede wszystkim podziękowania dla Rafała – dopiero teraz potrafiłem zrozumieć i docenić jak wiele znaczyła dla mnie jego obecność na tych ostatnich kilometrach, gdy moja głowa powoli przegrywała. Skromność Rafała jak zwykle zmusza do tego, aby go mocno utwierdzać w tym, jak było. Jednak i to było dla mnie ważne, aby zrozumieć, że nie byłem jedynym ojcem tego sukcesu. Sukcesu?

Tak, sukcesu. Czas jaki wykręciłem ostatecznie okazał się moją życiówką, którą poprawiłem o dobrych kilka minut! Pomimo, jak mi się wydawało, nierównej walki, i tak osiągnąłem spory sukces. W zeszłym roku osiągnąłem czas 3:55:44 – w tym roku: 3:50:49!!! Mogłem więc mówić o sukcesie i czuć się nie tylko zadowolonym – w końcu ostatnie 14 kilometrów okupionych było prawdziwą walką – tak fizyczną jak i mentalną.

Na koniec chciałem pomarudzić o stronie organizacyjnej. To był mój trzeci maraton i muszę przyznać, że odebrałem go, jako najgorszy mój. Być może dlatego, że odbyłem najcięższą walkę a być może dlatego, że…

No właśnie! Profil trasy. W moim odczuciu był zupełnie beznadziejny. Konieczność trzykrotnego przebiegnięcia tego samego podbiegu jest nie tyle niewygodna, co wręcz deprymująca i niemal drażniąca. Człowiek ma wrażenie, że kręci się w kółko i ma poważny problem z wydostaniem się z tego labiryntu. Ponadto: wiele podbiegów (zbiegów jakoś nigdy się nie liczy 😉 ), z których na Belwederskiej wcale nie był najtrudniejszy. Pożerało to siły w tak błyskawicznym tempie, że być może z tego powodu mieliśmy tak wiele problemów a czas lidera nie powalał.

Pogoda wydawała się dobra do biegu. Jednak według mnie było nieco przy-chłodno. Podczas biegu ja tego nie odczułem, ale po biegu, gdy dostałem zwykły worek z wyciętymi otworami na głowę i ręce, szybko przekonałem się, że nie trzyma ciepła a ja wychładzam się zbyt szybko. Ja miałem to szczęście, że był Rafał i miał dodatkową bluzę, dzięki czamu mogłem się ubrać i dogrzać. Przy tej pogodzie i temperaturze powietrza, powinny być rozdawane koce termiczne. Potwierdziło to tylko, że na maraton warto mieć jakiś support techniczny. Rafał pewnie do dziś nie zdaje sobie sprawy, jak wiele dla mnie zrobił w tym maratonie – pomimo moich wielu gorących zapewnień. Reasumując: cieszę, że mam ten maraton za sobą. Nie sprawił mi tak wiele frajdy jak poprzednie, ale potrzebowałem go, aby poznać troszkę lepiej trudy maratońskie. Potrzebowałem go, aby stwierdzić, że dopiero trzeci maraton czyni ze mnie maratończyka (oczywiście czysta i nie do końca prawdziwa semantyka). Kolejny krok na drodze realizacji swoich celów, udawadniania sobie, że mogę więcej, że mogę lepiej. Kolejny krok na ścieżce szlifowania charakteru i siły ducha. Kolejny krok budowania formy i czerpania radości z uprawiania sportu. Kolejna cegiełka do mojej ściany chwały.



Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s