Poweekendowy rozruch

Nasze przydrożne róże

Analizowałem ostatnio w głowie jak ewaluowała moja blogo-sfera. W najlepszych (moim zdaniem) czasach zmagałem się z wieloma przeciwnościami losu, nie mogąc się z nimi pogodzić i walcząc z nimi niczym Don Kichot – wściekle, zajadle, bez opamiętania, z pretensją do całego świata i wołaniem o pomstę za niesprawiedliwości, które mnie spotkały. Nie jest tajemnicą, że zmagałem się z problemami małżeńskimi (i nie to, że teraz jest jakoś mniej 😉 ) ale także z kontuzjami, które skutecznie odbierały mi radość obcowania ze sportem. I właściwie nie jest istotne z czym tak się szarpałem – chodzi o to, że odpowiednie nagromadzenie problemów plus determinacja z ich eliminacją sprawiają, że stajemy się (przynajmniej ja) odpowiednio wylewni a nawet kreatywni. Gdy emocjonalnie uporałem się z częścią problemów (jedne rozwiązane, drugie przykurzone, trzecie zaakceptowane, itd.), werwy do pisania jakoś mnie było. I nie jest moją intencją stawianie siebie nawet gdzieś w okolicach literatury, to jednak nie trudno zauważyć, że literatura zna miliony podobnych przypadków. Piszą ludzie niepogodzeni z losem, niedolą, życiem czy sytuacją. Nie trudno więc było ostatecznie wytłumaczyć,  dlaczego ten blog właściwie zmienił formułę na długi czas i przyjął postać targowiska – a właściwie komisu, bo wszystko co oferowałem przecież nie należało do mnie…

Od czasu do czasu pojawiały się jeszcze wpisy, które miały być moją ekspresją pasji biegania i dzielenia tej pasji z innymi. I to nadawało jakiś koloryt, tylko jakby trochę tego mało było – zwłaszcza, gdy znowu pojawiały się tylko oferty, okazji, gratisy itd… W dobie obdarowywania prezentami już nie jesteśmy tak skorzy to zachwycania się nimi w sposób odpowiedni. Tudzież mamy świadomość, że „nie ma nic darmo” – czyli jeśli za darmo, to z pewnością chłam. Mojej intencji natomiast przyświecało hasło „masz to za darmo, więc nie masz już wymówek aby nie czytać!” – tylko czy pieniądze są jaką jakąkolwiek przeszkodą, gdy bibliotek i znajomych pożyczających książki nie brakuje?

Moje przemyślenia powiodły mnie ku wnioskowi, że nie podoba mi się kierunek, w którym poprowadziłem  swój internetowy zakątek, robiąc z niego niewiele warte śmieciowisko.

Kolejny wniosek: chcę pisać to co wylewa się ze mnie, trochę przemyśleń, trochę pamiętnika, trochę moich pasji, trochę mnie. Czy wystarczy hartu ducha, czasu, wytrwałości – czas pokaże. Zwłaszcza, że czas jest ostatnio najbardziej deficytowym towarem w moim portfelu…

Wniosek trzeci: będzie to także nowa forma podążania sportowego dzienniczka. Pewnie stracę w związku z tym kilku czytelników FB („długie formy” literackie nie są dziś w modzie), ale od zawsze było tak, że to w pierwszej kolejności dla  siebie robiłem a dopiero później dla innych (taki dziwny, inny format egoizmu…).

Nie pozostawajmy więc w stagnacji i od razu przystąpmy do raportu:

Po weekendowych podróżach okraszonych różnymi imprezami, dzisiejszy trening przyniósł mi nieopisaną ulgę. Możność wyspania się (dziś pozwoliłem sobie pół godziny dłużej pospać!) pozwoliła mi znowu otwartymi oczami i uszami przywitać urok mojej okolicy i natury jej otaczającej. Tym razem nie był to świt i było już raczej lekko gorąco. Słoneczko jednak przywitałem z radością i te 13km zrobiłem nie tylko w podskokach ale i w skowronkach :). Pierwsze 3km jak zwykle z psem (jest to dla niego odległość w sam raz – nadal trudna, ale do zniesienia nawet w takie upały), a potem sam z butelką wody do Chotomowa.


Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s