Wieliszewski Crossing – Zima

I oto mamy nie tylko nowy rok, ale i nową edycję Wieliszeskiego Crossingu. Jak zawsze zaczyna się od edycji zimowej i w tym roku było tuż przed Blue Monday – dobra porcja energii przed tym depresyjnym dniem 😉

Początek sezonu „zaowocował” nieco zmniejszonym składem naszej drużyny PLIK TEAM. Na starcie pojawili się: nasz rodzynek Karolina, Boguś, Rafał i tradycyjnie Hubert i ja. W tym sezonie z Hubertem postanowiliśmy zaatakować Duathlon: rower i bieganie. Wprawdzie drużynowo nie będziemy klasyfikowani w tej konkurencji, ale doświadczenie jest tak niezwykłe, że nie mogliśmy się oprzeć pokusie!

Na starcie rowerowym pojawiliśmy się w zespole uszczuplonym: ja z Hubertem i Rafał, jako nasze wsparcie logistyczne, który miał dostarczyć pozostałe pakiety biegaczom, którzy jeszcze byli w drodze na imprezę. Dodatkowo towarzystwo Rafała skutecznie nas odprężyło – gaduły, żarty, luz… Jak zawsze Rafał jest niezastąpiony!

Zaskoczeniem dla mnie było to, że wytypowano mnie do startu w pierwszej dwudziestce. Wybrańców wytypowano na podstawie kolejności zapisów. W sumie dla mnie to wyróżnienie było mocno na wyrost, bo nie jestem ścigaczem i nie walczyłem o jakieś wysokie noty. Ale tak mnie wybrali i być może już nie powtórzy mi się taka okazja, więc dlaczego nie skorzystać?

Pierwszą dwudziestkę wypuszczano osoba po osobie – pojedynczo. Ja byłem na 10-tej pozycji. Dzięki temu mam przynajmniej fotkę startową 😉 Dodatkowym atutem takiego startu był fakt, że wystartowałem odpowiednio wcześniej niż inni, więc całą trasę przejechałem bez przestojów, korków czy tramwajów. To wcześniejsze wystartowanie pozwoliło także pokonać pierwsze okrążenie (były dwa) jeszcze po śniegu – drugie okrążenie to była już jazda po lodzie (rozjeżdżone przez innych).

Hubert niestety startował gdzieś z końca, więc na trasie nawet się spotkaliśmy…

Trasa piękna i trudna. Pełna śniegu, zamarzniętych kałuż a także wielu nierówności, podjazdów i zjazdów, które sprawiły mi sporo frajdy. Technicznie ciągle mam wiele niedociągnięć i ewidentnie muszę więcej poćwiczyć jazdę w trudnym terenie i przy większej prędkości. W tym wyścigu udało mi się lekko przekroczyć średnią 19km/h. Niby mało, ale gdy popatrzyłem na liderów to nie musiałbym nawet przekraczać średniej 22km/h, aby stanąć na pudle w swojej kategorii(!). Oczywiście to się tylko tak łatwo mówi, bo trasa w wielu miejscach nie pozwalała nabrać prędkości, a nierówności często wyrywały wręcz kierownice z rąk. Wspaniała trasa – szczególne podziękowania dla organizatorów za tę atrakcję.

Pierwsze okrążenie przejechałem czyściutko – bez kraksy czy upadku czy nawet podparcia nogi – nawet wśliźgnięte zakręty brałem pod pełną kontrolą. Wszystkie podjazdy łyknąłem bez zająknięcia i bez schodzenia z roweru. Drugie okrążenie nie było już tak łatwe. W wielu miejscach śnieg zamienił się w lód pod naciskiem opon a część podjazdów zrobiła się zupełnie nie do zdobycia (przynajmniej dla mnie). Miałem też kilka sporych poślizgów, gdzie musiałem się mocno asekurować nogą – na szczęście bez upadku.

Sprzętowo przygotowałem się całkiem nieźle. Popełniłem tylko błąd podczas montażu kamery GoPro. Zamontowałem ją na kierownicy, więc niezbyt szczęśliwy pomysł. Kamera pod naciskiem wielu nierówności, ciągle zmieniała swoje nachylenie. Ciągle telepanie pewnie tez zniweczyło jakość nagrania – myślę, że tu nawet stabilizacja niewiele pomoże. Materiału wideo jeszcze nie widziałem i jeszcze nie zgrałem – jeśli cokolwiek będzie warte publikacji, to pojawi się tu stosowny link.

A jak z awariami? Wiadomym jest, że takie zmagania MTB to proszenie się o naprawy. W moim przypadku wystąpiła tylko drobna awaria (na razie tylko o tym wiem 😉): odczepił się odblask ze szprychy i i zaiwaniał mi o dolną goleń amortyzatora. Przejechałem tak ok. 200-300 m zanim zorientowałem się co tak mi stuka w przednim kole. Odczepiłem odblask i można było jechać dalej. Hubertowi natomiast stało się coś z przerzutką. Jeszcze tego nie sprawdzaliśmy, ale jest szansa, że to tylko kwestia regulacji. Na teraz wygląda więc, że udało się ten wyścig pokonać w miarę bez większych strat.

A jak ostateczne wyniki rowerowania? Zacznę od Huberta, mojej dumy: zajął II miejsce w swojej kategorii wiekowej! Twierdził, że mocno się nie przykładał, ale ten pierwszy (już go mamy na oku 😉 )miał kilka minut przewagi, więc dogonić go byłoby wyjątkowo trudno. To trofeum jednak i tak jest piękne!

Ja zająłem 18-te miejsce w swojej kategorii wiekowej. Do kolejnego stopnia zabrakło mi zaledwie sekundy! Nieco irytujące, ale jest to dla mnie nauczka, że dusi się do samego końca (końcówka nie była zbyt mocna). Są jednak jeszcze 3 edycje, więc będzie jeszcze okazja do powalczenia. Będzie jeszcze okazja do poprawienia nie tylko wyniku, ale i techniki jazdy jak i lepszego przygotowania.

Start biegaczy nieco się opóźnij (ponad 15 minut!). To wyraźnie pokazywało, jak trudne warunki panowały na trasie (dziewięciu rowerzystów nie ukończyło zmagań – zgaduję, ze z powodu różnych awarii lub kontuzji?). Dla nas rowerzystów to nawet i dobrze, bo był czas na przebranie, lekki posiłek energetyczny i nawodnienie. Na kilka minut przed startem ustawiliśmy się już na stanowisku i zrobiliśmy tunel dla ostatnich dowerzystów, którzy walczyli jeszcze z trasą. Bardzo fajny pomysł, pozwalający jeszcze mocniej zdopingować kończących. Z tym dopingowaniem, jak się dowiedziałem po biegu, wiąże się jednak jeden, nie do końca przyjemny incydent.

Otóż, znana wszystkim pani Ania, jak to się mówi: w kwiecie wieku, walczyła na trasie rowerowej i myślała by przystąpić również do biegu. Znalazła się ona wśród tych ostatnich dojeżdżających (choć nie ostatnia!). Potrzebowała jeszcze kilku minut na szybkie ogarnięcie się, przepięcie numeru startowego (niestety to też chwilę trwa!) i stawienie się na linii startu (pozostawiając nawet rower bez opieki, aby tylko szybciej się stawić). Z rozmowy z Anią (nie pozwala sobie mówić per „pani”) wynika, że biegacze zdążyli już wystartować, gdy pojawiła się na starcie. I pomimo tego, że pomiar czasu jest oparty o chipy i czas netto, nie dopuszczono jej do biegu. Dość dziwna i niefajna sytuacja, bo o ile dobrze pamiętam, do tej pory nikt z tego nie robił problemu? Nie rozmawiałem o tym z organizatorem, więc po prawdzie nie znam wersji drugiej strony. Coś się jednak wydarzyło i niesmak pozostał…

Zaktualizowano 22.01.2019: Właśnie otrzymałem stosowne wyjaśnienia od p. Pawła Kownackiego, który to jest głównym trybem napędowym tej imprezy. Otóż sprawa wygląda tak, że pani Ania dotarła na linię startową ponad 10 minut po starcie biegaczy. To bardzo długi czas i drogi były już odblokowywane a niektóre punty strażackie już „zwinięte”. Ze względów bezpieczeństwa postanowiono więc nie wypuszczać już na trasę pani Ani.
W obliczu takich faktów nie było mowy o innym scenariuszu zdarzeń.
Dziękuję panu Pawłowi za wyczerpujące wyjaśnienia.

Start nie był zbyt energiczny. Ja po rowerach ciągle nie mogłem rozruszać nóg, Hubi czuł się nawet ok, Boguś z kontuzją nogi (zaplanować świński trucht), a Karolina gdzieś pomiędzy chęcią biegu a strachem przed pędzeniem 😉 Tylko Rafał po kilkuset metrach złapał wiatr w żagle i na tak trudnej trasie (krętej, śliskiej i często wąskiej) zszedł z tempem poniżej 5 min/km (!!!). Jego przyśpieszenie przypominało mi wybuch piany z butelki coca-coli, do której wrzucono mentosa 😉

Na drugim kilometrze znowu nastąpiło kilka zmian: Rafała nie widziano już od dłuższego czasu (pewnie już sprawdzał, jak medal leży na piersi), Boguś został w tyle – zgodnie z planem, zgubiliśmy Karolcię (chyba po cichaczu się wycofała do strefy dla śpiących w ruchu, ja w końcu rozruszałem nogi i rozpędziłem się do 5:10 min/km (jakiś chwilowy zryw nie do końca zlokalizowanej energii) a Hubi przyznał, że dopiero teraz zaczyna czuć efekty zmagań rowerowych. Czyli każdy zajął się swoją pracą i walką z przebiegłym podłożem 😉

Bieganie wymagało wielkiego skupienia. Był to pierwszy od wielu miesięcy bieg, gdzie nie zdecydowałem się na słuchawki. Wyjątkowo też mało zaczepiałem innych – całe skupienie szło na odpowiednie stawianie nóg i trafianie w taką przestrzeń, gdzie noga się nie uślizgnie. W którymś momencie zrobiło się zresztą dość luźno wokół mnie i mogłem poświęcić się jedynie temu, aby zachować swoją pozycję w pionie. Wprawdzie po drodze udało mi się spotkać Huberta (a właściwie jego krzyk), gdy trasa stykała się (było kilka takich miejsc). Bieg wydał się więc nieco nudny – przez całe 12 kilometrów. Muszę jednak przyznać, że nie zauważyłem tego – zleciało szybko i nie mogłem narzekać na nudę. Mogłem jedna na co innego.

Teoretycznie to nasz (mój i Huberta) drugi duatlon i wydawało się, że już nieco wiemy o tej dyscyplinie. Ten start jednak pokazał, że musimy się jeszcze wiele nauczyć. W moim przypadku z pewnością ubrałem się za mocno, przez co lekko się przegrzewałem (głównie na biegu).

Drugi problem to nawodnienie. Na trasie rowerowej nie łyknąłem nic. Dopiero po zakończeniu trasy rowerowej uzupełniałem płyny – nie za dużo, aby nie mieć problemu potem z bieganiem. Uzupełniłem węgle jednym batonem i uznałem, że to powinno wystarczyć. Co gorsze: na bieg nie wziąłem ze sobą żadnego picia, uznając, że to tylko 12 km – do tej pory na takie trasy nie zabierałem nawodnienia, wiec po co tym razem? Niestety poprzedzający wyścig rowerowy skutecznie mnie pozbawił wody z organizmu i potem odczuwałem te braki bardzo wyraźnie.

Podobnie było z Hubertem. Jego na ok. 1-1,5 km przed metą ścięło na tyle mocno, że musiał się zatrzymać i odsiedzieć kilka (a może nawet kilkanaście) minut, aby ustały zawroty głowy.

Zabrakło więc nawodnienia, ale i węgli. Przy takim łączeniu dyscyplin, czas „pracy” wydłuża się znacznie i koniecznie trzeba myśleć o żelach energetycznych do zażycia w trakcie zmagań sportowych oraz odpowiednim nawodnieniu – tak na rowerze jak i potem bieganiu.

Dostaliśmy więc naukę i nauczkę. Następnym razem będziemy lepiej przygotowani.

A wyniki? Najlepiej jak zawsze wypadł Rafał, który wywalczył 13-te miejsce w swojej kategorii wiekowej i 46-te w kategorii OPEN M. Ładny i szybki bieg! Karolina wywalczyła 22-gą pozycją w swojej kategorii wiekowej i również 46-te (😃) w kategorii OPEN K. Boguś dobiegł i to najważniejsze – w jego przypadku, przy kontuzji, na wynik nie patrzymy. Huberta ścięło, o czym wspomniałem wyżej, stąd i wynik także nie był imponujący (mówiąc delikatnie 😉). Ja zaś ulokowałem się na 35-tej pozycji w mojej kategorii wiekowej i na 104-tej w kategorii OPEN M.

Szału więc tym razem nie było, ale za to dużo nauki i doświadczenia, którego nam brakuje. Dobrą jednak wiadomością jest to, że zostaliśmy sklasyfikowani również drużynowo. Jesteśmy aktualnie na 13-tej pozycji z spośród 24 drużyn. Całkiem niezły wynik i ja jestem z niego bardzo zadowolony – głównie dlatego, że po tylu miesiącach udało się w końcu wskoczyć do klasyfikacji drużynowej! Składam podziękowania i gratulacje całej drużynie!


Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s