39. Maraton Warszawski

91883-MWA17-10163-42-000101-mwa17_01_mz_20170924_130250_cert.jpg

Wiele miesięcy przygotowywania i taki numer na dzień przed! Przyblokowało mi żebro pod lewą łopatką w sobotę rano. Telefony do magików od masażu i kręgosłupa nic nie dały – Polacy popadają w drugą skrajność i bronią się przed pracą w takie dni jak soboty, niedziele czy święta. Nikt nie chciał pomóc potrzebującemu – nawet wiedząc o moim starcie kolejnego dnia. Zapowiedź kolejnego dnia była więc bardzo niepojąca. Maratończyk jednak musi mieć świadomość, że czasami setki godzin pracy, dziesiątki tygodni treningu, mogą pójść w niwecz w ciągu jednego feralnego dnia…

W ramach przygotowań do maratonu udało mi się wystartować w kilku biegach. Czasami jako sprawdzian mojej aktualnej kondycji lub (z założenia) jako towarzysz dla debiutujących. Z tym drugim to tak różnie wychodziło, bo na Półmaratonie BMW, Kamila ostatecznie zostawiłem w tyle, a na Biegu Wisły z kolei ja zostałem z tyłu 🙂 Tak czy owak w ramach przygotowań pobiegałem również z innych imprezach (o niektórych pisałem)…

Na tydzień przed maratonem sąsiedzi rzucili hasło, że pomogą mi trochę w tym biegu: ostatnie dwie dychy pobiegną ze mną na zmianę, dzięki czemu będę miał odpowiednią motywację. Pomysł bardzo dobry, bo w obu tegorocznych sprawdzianach na 30 km dostałem mocno i bałem się o te ostatnie 12 km. W pierwszej chwili nie brałem tego pomysłu na poważnie – ale z moimi sąsiadami zawsze jest tak samo: jak już coś zostało powiedziane, to zostało także zakontraktowane. Stąd też w sobotę, z bolącymi plecami, siedliśmy na naradę wojenną.

Na stole wylądowało wspaniałe piwo (Kamil przyniósł), laptop i my. Wyświetliliśmy mapę i podzieliliśmy się spostrzeżeniami, co do ewentualnych miejsc „przejęcia”. Co do pierwszego punktu spotkania, to była całkowita zgoda. 19-ty kilometr. W przypadku drugiego punktu mój pomysł odpadł, bo lokalizacja samochodu wymuszała w zasadzie dużo dogodniejszą lokalizację: 30-ty kilometr. I tak po upływie kufla piwa udało się ustalić: Rafał dołącza na 19-tym kilometrze a Kamil na 30-tym. W pomocą StreetView ustaliliśmy punkty szczegółowe. Potem uzgodniliśmy plan szczegółowy dowozu, ekwipunku oraz działania już po stronie mety. Całość zajęła wprawdzie więcej niż jeden kufel piwa, ale więcej bałem się pić – i tak następny dzień zapowiadał się dość „interesująco”. Założyłem więc buty, stękając jak staruszek i krzywiąc się jakby mi ktoś skręcał kręgosłup, i ruszyłem na spacer z psem. A potem szybka toaleta i do łóżka – trzeba było się wyspać.

20170924_130847

Trudno powiedzieć, czy się wyspałem, bo budzik nie zdołał zagrać nawet jednej nutki a już był wyłączony. Szósta rano. Półtorej godziny do wyjazdu. „Chwilka” w toalecie, potem szybkie śniadanko… Hmmm, chyba jednak nie tak to było. Pies mnie sterroryzował i ostatecznie przed śniadaniem jeszcze go wyprowadziłem, spędzając 20 minut na relaksie w spacerze. Dopiero potem śniadanie – nie za duże i nie za małe. Trochę nawodnienia, buzi rodzince i fruuu! Sąsiedzi już czekali i byli gotowi do drogi.

Plan przejechania Wisłostradą do Torwaru niestety nie wypalił. Drogi były zamknięte już wcześniej, przez co zapas czasowy skonsumowaliśmy na dziwne krążenie po mieście. Ale udało się. Szybki przepakunek, weryfikacja jak daleko do startu i nagle okazało się, że mamy jeszcze trochę czasu. Bo ile będę truchtał 2 km? Dałem sobie w sumie 25 minut – szmat czasu. Pożegnałem kolegów i ruszyłem na azymut – w stronę Alei Ujazdowskich – przecież to tylko rzut beretem.

Na metę dotarłem o 9:05(!) Spanikowany, wystraszony i zmęczony! Ciągle nie rozumiem, jak można zgubić drogę na tak krótkim odcinku i zamiast 2 km zrobić prawie 5 km! Panika jaka mi się udzieliła, gdy zorientowałem się, że jestem dość daleko od startu, wrzuciła moje serce na hiper wysokie obroty: 161 uderzeń na minutę jako średnia i 199 uderzeń na minutę jako maksymalne! Co za stres?! Na całej trasie maratonu miałem średnią i maksymalne tętno dużo niższe. Dodatkowo stres sprawił, że musiałem swój pęcherz opróżnić w parku – jak żul jakiś. Straszne i żenujące zarazem. Jeszcze nigdy nie zdarzyło mi się tak zapoczątkować bieg. Nie wiele pewnie brakowało, aby jednak nie wystartować. Wszystko jakoś układało się na coś w rodzaju: „nie powinieneś biec tego maratonu”… bardzo niepojące. Dobiegłem jednak na start, pożegnałem naszą syrenkę i po dwóch minutach odpoczynku ruszyłem na królewski dystans.

20170924_090556.jpg

Pierwsze kilometry były jak zwykle irytujące: ciągle ciasno, ciągle się ktoś o ciebie obija, ciągle zmienia kierunek. Okropnie pracowicie, a jednocześnie nudno. Wolałbym chyba jednak biec jednym, stabilnym tempem. Na szczęście profil trasy do 10-ego kilometra był bardzo korzystny: delikatnie z górki i z wiatrem.

Na tej części trasy spotkałem jeszcze jednego sąsiada, Piotra. Ten maratony biega co jakiś czas i z niego maratończyk jest zdecydowanie bardziej doświadczony niż ja. Plan jego jednak był dość ogólnikowy: fajnie byłoby zrobić ciut powyżej 4 godzin, ale zobaczy się – dziś czuję, że to może się nie udać. A jak to było z moim planem?

Pięć lat temu debiutowałem w Maratonie Warszawskim. To był mój pierwszy maraton. Plan wtedy był bardzo prosty: przeżyj to sam! Wtedy mój czas wyniósł 4:26:47 – daleko poniżej moich oczekiwań. Jednak pierwszy maraton rządzi się swoimi prawami. Teraz, przy drugim maratonie, przyszedł czas na bardziej złożony plan. Miesiące treningu w połączeniu z moimi marzeniami wypracowały aż 3 warianty biegu:

  • plan minimum: zmieścić się w czasie 4:36 (wyjaśnienie poniżej),
  • plan optimum: pobić swoją życiówkę,
  • plan życzeniowy: złamać cztery godziny.

Złamać cztery godziny chciałem od zawsze – to takie moje marzenie, jako że należę raczej do truchtaczy aniżeli ścigaczy. Jednak nawet bardzo dobry start w Półmaratonie BMW nie dawało mi nadziei na realizację tego planu. W tym wariancie moje średnie tempo musiałoby być szybsze niż 5:40 min/km – na tak długim odcinku, to było niemal nierealne, zważywszy na moje biegi około-trzydziestokilometrowe.

59c784055165f_o

Pobić swoją życiówkę, to prosty plan. Prawie każdy biegacz chce poprawić swoje wyniki. Mój pierwszy czas maratonowy był na szczęście dość długi, więc plan optimum był bardzo realny do zrealizowania.

Plan minimum natomiast wynikał z pewnej zabawy, którą fundacja maratonu wymyśliła. Wprawdzie nagrodą był samochód (Fiat Tipo), więc może nie jest właściwym nazywanie tego zabawą,  jednak szczęśliwca losowano, wiec niewiele zależało od uczestnika. Któż jednak mógł wziąć udział  w takim losowaniu? Z tego co ja zrozumiałem to trzeba było być uczestnikiem Półmaratonu Warszawskiego 2017 i dokończyć bieg (być klasyfikowanym). Na podstawie czasu, jaki osiągaliśmy,  był wyliczany czas maratonu, w jakim powinniśmy się zmieścić, aby „wpaść” do puli losowania. Dodatkowo należało się zgłosić do tej loterii. W sumie bardzo ciekawa inicjatywa. A ponieważ w półmaratonie „prowadziłem” Bogusia, który ciągle narzeka na rozcięgno, czas przekroczył nawet 2:10:00. Dzięki temu „kalkulator” wyliczył mi czas minimalny 4:36:00 na całość maratonu, aby wziąć udział w loterii.

Po Półmaratonie BMW powstał jednak jeszcze jeden plan, który nosił znamiona pewnego rodzaju szaleństwa. Plan zakładał, że przez pierwsze 20 kilometrów pobiegnę w tempie około 5:30, aby zrobić sobie troszkę zapasu. A potem? Bieg na tyle, na ile mi sił starczy. Było to dość niebezpieczne założenie, jako że „później” często jest problematyczne i obarczone sporym zmęczeniem.

Tak też i wyglądała pierwsza kwarta mojego biegania. Ciągle nakręcony szalenie ryzykownym początkiem, gnałem w tempie mocno mnie zaskakującym. Prawie na dziesiątym kilometrze ofotografowano mnie i oznaczono tempo 5:20(!). Zegarek (Polar), który to pilnował niestety narzucał więcej drogi, niż zaliczały moje nogi, wiec tempo pokazywał nieco mocniejsze. Wiedziałem o tym i jednocześnie nie dbałem o to – wiedziałem o tym i brałem nieco poprawkę na ten fakt. Tempo i tak miałem dużo lepsze niż pierwotnie zakładałem, więc po prostu biegłem dalej, za wiele nie myśląc o tym, kiedy mi zacznie brakować paliwa. Stąd też, gdy mijałem sąsiada Piotrka, byłem pewien, że jeszcze się spotkamy – tyle, że w zgoła innych okolicznościach: ja będę zdychał a on pędził do mety…

22046117_10213771673588594_3739132109141658316_n

Na dziesiątym kilometrze, na ostrym zakręcie, dojrzałem nawet trenerkę mojej córki, która pełniła funkcję sędziego, pilnując prawidłowości imprezy w tym miejscu. Niestety dla mojej wygody, choć wtedy także i dłuższego biegu, łuk wziąłem po zewnętrznej a ona w tym momencie patrzyła w zupełnie przeciwnym kierunku. Czyli nie udało się przywitać. Szkoda 🙂

Potem byliśmy już w strefie „wiocha na całego”. Chyba pierwszy raz tu byłem. Ilość zabudowań sugerowała, że to już dalekie peryferia Warszawy a być może nawet poza Warszawą. Dziwne miejsce. I wtedy zobaczyłem: jakiś bunkier! Potężny, masywny i koszmarny jak modlińskie fortyfikacje z okresu I Wony Światowej. Paskudny, szary i z jakąś wieżą strażniczą. Zdziwiło mnie tylko, że tak dziwnie dziurawa. Pewnie jakiś kościół, pomyślałem. Jak można było zepsuć tak budynek sakralny! Zaraz po tym, jak go minąłem, znowu strzelili mi fotę. Ten odcinek był jeszcze szybszy i moje całkowite średnie tempo wzrosło aż do 5:15 min/km(!). Ja podczas biegania osobiście nie znałem tak dokładnych cyferek, ale czułem, że nadal idzie mi faktycznie bardzo szybko. Zegarek miałem ustawiony na wynik 4:00:00 i w tym miejscu miałem już ok. 1,1 km w zapasie. To mnie motywowało, aby nadal trzymać tempo. Zresztą moim celem na teraz było dotarcie do dziewiętnastego kilometra, gdzie czekało na mnie już towarzystwo Rafała. Dopiero po biegu uświadomiono mnie, że to byłą Świątynia Opatrzności… hmmm.

21762126_10213772270283511_8472365972155822607_n.jpg

Dalsza część trasy była już nieco pod wiatr i lekko pod górę. Kompletnie mi to nie przeszkadzało. Ciągle nakręcony na 19-ty kilometr, skupiony i lekko zasłuchany w audiobooku. Słuchałem go jednak krócej niż godzinę – nie umiałem utrzymać koncentracji, która tak mnie pchała do przodu. Zasadniczo nawet nie bardzo pamiętam tej części maratonu. Był monotonny i szybki. Ciągle kropiony deszczykiem, starałem się tylko omijać kałuże, których zaliczenie z pewnością pogorszyłoby mój komfort biegania. Wbiegając w Gagarina byłem już zwarty i gotowy by powitać współtowarzysza biegania. W samą porę, bo zmęczenie już zaglądało mi do oczu.

Wielkość swojego zmęczenia jednak odczułem dopiero, gdy Rafał postanowił roztoczyć swoje towarzystwo również na rozmowę. Szybko okazało się, że nie mam siły odpowiadać na jego pytania lub komentować jego relacji. Wysyczałem tylko, że na gaduły to już nie wiele mi paliwa zostało. Niech mówi, ale niech nie oczekuje, że będę czynnym uczestnikiem tych rozmów. Rafał zdawał się nie być zadowolonym z takiego obrotu sprawy – w końcu czekał na mnie blisko 3 godziny(!). Szybko się jednak przestawił na „controling i motivation”. To mi lepiej służyło. Zadbał o prowiant dla mnie i napoje, dzięki czemu mniej traciłem czasu na punktach żywieniowych – zawsze kilka-kilkanaście sekund do przodu.

Na 27-tym kilometrze system sczytał mnie i oznaczył tempo na 5:19 – czyli druga trzynastka była nieco wolniejsza – tempo zrównało mi się niemal z tym początkowym. Bezwzględnie jednak ciągle szło zadziwiająco szybko i nadal dobrze choć zmęczenie było już odczuwalne i nie dało się go ignorować. Zresztą to był jeden z tych ostatnich szybkich kilometrów – potem tempo delikatnie spadło. W tym miejscu miałem wypracowane blisko 1600 metrów zapasu. Wiele wskazywało na to, że zbliżał się czas konsumpcji wypracowanej przewagi. Wtedy westchnąłem i przypomniałem sobie pewien afisz trzymany gdzieś na 20-tym kilometrze przez pewną młodą kobietę: „A mogłeś wybrać szachy”…

21687527_10213772269803499_3645974544026841862_n

Na 30-tym kilometrze czekał już Kamil – tuż przed podbiegiem na wiadukt nad Rondem Starzyńskiego a potem na most. Kamil chciał od razu wyznaczyć tempo życzeniowe, czyli 5:30 – jednak poprzedzające kilometry i podbiegi, na które wkraczałem z miejsca mnie zniechęciły i wyspałem tylko „jeszcze chwilę”. Stąd już było niestety tylko wolniej – może nie jakoś mocno, ale zauważalnie. Ilość sił jakie musiałem wkładać w dalsze pokonywanie trasy skutecznie drenowały moje nadszarpnięte mocno baterie.

Ostatnie 12 km to najtrudniejszy odcinek tego maratonu. I to nawet nie dlatego, że tyle ostatnio nie biegałem, że byłem zmęczony, tylko ze względu na profil trasy. Nie wiele za mostem czekał mnie podbieg do ulicy Bonifracerskiej. Znowu musiałem wysapać Kamilowi „litości *** jego mać!” – on jednak nie odpuszczał i widząc, że nie wiele mi brakuje do przejścia do marszu, od razu cisnął i przypominał mi jak bardzo tempo spada. Ledwo odsapnąłem i przyśpieszyłem, znów czekał na mnie wiadukt – tym razem na Andersa. Rzucałem mięsem jak szewc, a Kamil metodycznie i bezustannie cisnął, nie pozwalając mi nie tylko się zatrzymać, ale mocno reagując, gdy zbyt mocno zwalniałem.

Mimo tego wszystkiego lub właśnie przez to, kilometry mijały jak świeżość Winterfresh! Ciągnęły się bez końca i każdy kolejny był oddalony o kolejne mile zamiast kilometrów. W tym takim zakręcie czasowym znalazło się też, niestety, wiele czasu na pracę głowy. Wtedy też, na ok. 34 kilometrze, po raz pierwszy zadałem sobie pytanie: „kiedy dopadnie mnie ściana?”. Przez 30 km pędziłem przecież mocno, jak na mnie, i nie mogłem się łudzić, że ten maraton także będzie łaskawy dla mnie. Przeraziły mnie te myśli i natychmiast zacząłem je wypychać z mojej głowy. A że natura nie cierpi pustki, to musiałem tę pustkę czymś zastąpić. Tylko czym???

Próbowałem audiobooka – zmęczenie nie pozwalało nawet złożyć w całość jednego zdania. Zegarek – będę pilnował tempa. Niestety było nieco deprymujące – dużo gorsze, niż te sprzed godziny, czy dwóch. Musiałem wymyślić coś innego i to szybko. Swoim zwyczajem zacząłem ludzi zagadywać, aby odwrócić swoją uwagę od siebie. Na tych kilometrach (35) inni także mieli już serdecznie dosyć i często moje „prawie-żarty” komentowali czymś w rodzaju „jesteście okrutni!”. Próbowałem się więc wtedy skupiać na wyprzedzaniu tych najbliższych biegaczy, kroczących kilka kroków przede mną – często okazywało się, na moje nieszczęście, że moje tempo nie pozwalało nawet ich dogonić (!) – to mnie jeszcze bardziej przerażało, bo myśl o kryzysie wracała niemal natychmiast i to ze zdwojoną siłą. Trzymałem się więc Kamila z takim zaangażowaniem na jakie mnie było stać w danym momencie, a zmieniało się to szybciej niż nastroje kobiet…

21950667_299925583747374_3621733097662607788_o

Na wybiegnięciu z gwiaździstej na Wisłostradę stał „stolik spożywczy” przygotowany przez kibiców. Widziałem go jednym okiem. Nie miałem siły już myśleć o niczym innym, jak tylko utrzymanie się w bieganiu. Zwłaszcza, że to był kolejny podbieg i jego szczyt powitałem z nieukrywaną i wulgarną ulgą. Kamil jednak wychwycił, że oprócz Coca-Coli i soków była także wódeczka (już teraz nie pamiętam jaka) – można było więc walnąć sobie drineczka na wzmocnienie. Później długo się zastanawiałem, czy nie skorzystałbym z tego stoiska, gdybym wiedział co tam było.

Długo o tym jednak nie dało się myśleć, bo około 200 metrów dalej zobaczyliśmy spore zbiegowisko. Pewnie ktoś zasłabł – to czasami się zdarzało. Gdy podbiegliśmy jednak bliżej, wyraźnie było widać, że zawodnik leży na asfalcie i jest reanimowany. (Chyba) ktoś ze służb organizacyjnych uciskał klatkę piersiową, próbując przywrócić akcję serca. Kilka sekund później (choć wydawało się, że minęły wieki) nadjechała karetka i przejęła akcję reanimacyjną. Mnie ścięło. Wiem jakie szanse mają reanimowani maratończycy. Odeszła mi ochota do walki, do ciśnięcia i męczenia siebie, do przekraczania swoich granic, za którymi być może czekał na mnie podobny los. Miałem ochotę przejść do marszu i tak dokończyć ten bieg. Dopiero później zdałem sobie sprawę, że nawet Kamil odpuścił i nie dusił mnie już, nie poganiał, nic nie mówił. Zapanowało wyraźne, ciężkie i wymowne milczenie. Czuć było w powietrzu zawieszoną i czujną śmierć. Utknąłem jednak w jednostajnym, choć wolnym biegu i jak w transie, nie myśląc o tym, po prostu biegłem dalej. Świadomość takiego nieszczęścia była przytłaczająca.

Dopiero na niecałe pół kilometra przed ostatnim wiaduktem, który też znaczył linię czterdziestego kilometra, Kamil zaproponował, aby ostatni podbieg zrobić przynajmniej w tempie 6:00. Chyba nic nie powiedziałem – nie pamiętam. Wtedy wydawało mi się, że zignorowałem go i jego propozycje. Liczby jednak nie kłamią i pokazują, że przyśpieszyłem. Ciągnąłem się więc za Kamilem, mając wrażenie, że za chwilę mogę przejść na czworaka i będę szybszy. Na zegarek bałem się patrzeć – wiedziałem, że teraz to może być mój największy i najskuteczniejszy demotywator. Kamil jednak nie omieszkał mi podać cyferek. I dobrze! Ich wartość nieco mnie ocuciła z odrętwienia i pokazała, że wcale nie jest tak wolno, jak myślałem. Przyśpieszałem, ale nieznacznie. Nogi broniły się przed komendami z „wyższych sfer” i ignorowały polecenia, jakby odzyskały autonomię i całkowitą niepodległość. Prawdziwie udało mi się przyśpieszyć dopiero na ostatnich 400-500m. Oto odzyskałem władzę nad wyzwolonymi członkami i zaprowadzałem nowe rządy. Zegarek wskazał tempo 4:48 – a ja ciągle miałem wrażenie, że leżąc będę szybszy. Dopiero na zdjęciach zobaczyłem jaką walkę odbyłem ze sobą (i Kamilem) na ostatnich metrach: wiele złości, bólu, wysiłku i determinacji.

91883-MWA17-10163-42-000101-mwa17_01_ppw_20170924_130323

Za metą wiedziałem już, że zrealizowałem najwyższy możliwy plan, jaki sobie założyłem. Ze szczęścia rzuciłem swoje ramię na Kamila w koleżeńskim geście. Nawet nie poczułem kiedy mi się nogi ugięły i ręka zamiast w podzięce, posłużyła od razu jako wsparcie – pewnie bym się wyłożył jak długi, gdybym nie miał podparcia. Od razu ktoś do nas doskoczył i pomógł doczłapać się do barierki, gdzie mogłem się zwiesić bezpiecznie i zaczerpnąć trochę więcej powietrza. Szczęśliwie niecała minuta mi wystarczyła, aby się dźwignąć i ruszyć dalej – w końcu gdzieś tu, niedaleko, czekał na mnie zasłużony medal.

Sytuacja z Rafałem jednak okazał się nieco trudniejsza, niż zakładaliśmy. Na 31-szym kilometrze miał zbiec na bok trasy i spokojnie dość do mety (ok. 200-300 metrów). Okazało się jednak, że on jednak biegnie dalej. Po 12-tu kilometrach nie szło mu już tak dobrze, więc widywałem go obok siebie już tylko czasami. Pamiętam, że na 34-tym kilometrze, gdy go zobaczyłem, to zakląłem tylko: „A co ty tu, Rafał, jeszcze *** robisz???”. To był kolejny podbieg, który mi wchodził aż do szpiku, więc nawet nie umiem sobie przypomnieć co odpowiedział. Potem już go nie widziałem.

Na mecie Rafała nie było. Gdy uzupełniłem tlen, wodę i ciężar (w formie medalu), przypomniałem sobie, że przecież Rafał pobiegł za daleko, i że jest wielkie prawdopodobieństwo, że ten wariat zechce pobiec do końca. Dla niego, który najdłuższy dystans jaki zrobił to 10 km, te 23 kilometry były niemal zabójcze! Gdy zadzwoniłem do niego, potwierdziło się nasze najgorsze przypuszczenie: walczył o dobiegnięcie do mety. Potem nam zdradził, że córce obiecał medal i koniecznie chciał choć po części na niego zapracować. Gdy już dobiegł, zrąbaliśmy go jak ostatniego łobuza. Zapewne nie było mu zbyt miło, bo pewnie liczył na gratulacje i pochwały – sam pewnie bym tego oczekiwał. Szybko się jednak przekonaliśmy, że racja była po naszej stronie. Blisko dwa kilometry przeszedł szybkim spacerem z powodu ostrego bólu kolana. Dało się to mocno zauważyć, gdy ruszyliśmy do samochodu, który był oddalony od mety ponad 1,5 kilometra. Idąc za nami wyglądał gorzej aniżeli ci prowadzeni na szafot.

Ashampoo_Snap_niedziela, 24 września 2017_22h00m00s_001_.png

Moja rodzina nie dotarła na metę. Mniej więcej w połowie drogi zreflektowałem się, że jest duża szansa, że przyjadą na tak wielkie wydarzenie mojego życia. Logistycznie jednak Maraton Warszawski poległ. I już nawet pomijam te ostatnie 12 kilometrów, gdzie liczba podbiegów zdecydowanie wykańczała. Chodzi tu przede wszystkim o lokalizację mety. Była niemal pośrodku zamkniętych dróg – nie sposób było tam łatwo dojechać i kibicować maratończykom. Na tym też poległa moja żona, która próbowała dowieźć dzieci do punktu kibicowania. Ostatecznie poddali się i wrócili do domu. Za to w tym roku ta impreza zbiera ode mnie drugiego wielkiego minusa (pierwszy za zmiany trasy oraz ostatnie 12 kilometrów). Hubert jednak śledził mnie dość bacznie poprzez endomondo i systematycznie wysyłał „pepki” motywujące – szkoda, że w języku polskim, bo endomondo zamienia to w bełkot żularski połączony z gwarą żuławiańską. Za metą zaś, ledwo odebrałem medal, już dostałem telefon od syna z informacją, że on już policzył moje tempo biegu 🙂 Dość czynny kibic się z niego zrobił 🙂

W domu zjadłem na szybko jakieś spagetti, błyskawiczna kąpiel (choć po maratonie słowo „błyskawiczna” należy nieco przedefiniować) i od razu wskoczyłem na wyrko, pod kocyk. Dwie godziny drzemałem doświadczając wielu dziwnych zjawisk, w tym także chwilowych gorączek. Organizm próbował poradzić sobie z tym, na  co go wystawiłem – ewidentnie ciągle nie wiedział co się dzieje i jak się przed tym bronić. Gdy doszedłem trochę do siebie, czekała już na mnie lazania i wspaniały tort lodowy! Ten fragment świętowałem już z rodziną i moim wsparciem technicznym w postaci Kamila i Rafała. Zablokowane żebro poczułem ponownie wieczorem – chyba byłem zdziwiony, przypominając sobie o kontuzji, która miała mnie wyeliminować z biegu maratońskiego…

Biegacz, którego reanimowali, został odwieziony do Szpitala Bielańskiego i tam  po kilku godzinach walki o jego życie, zmarł. Dołączam głębokie kondolencje dla rodziny, bliskich i znajomych maratończyka.


3 thoughts on “39. Maraton Warszawski

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s