Będziesz Miał Wybiegane

Już troszkę czasu minęło od tego biegu, ale nie wolno go pominąć od strony „literackiej”. Był dla mnie z założenia startem treningowym, a wyszło na to, że był jednym z ważniejszych moich startów – z wielu powodów. Nie sposób więc nie pisać o nim, nawet po tak długim czasie.

Zacznijmy nieco od środka i powiedzmy najpierw o samej imprezie. Jest to już czwarta edycja tego biegu. Słyszałem nawet o nim rok temu, ale nie przykuł mojej uwagi. Być może dlatego, że poprzedni rok pracowałem na Koronę Półmaratonów i w tym czasie miałem jeszcze jeden termin przed sobą. Wcześniej? Nie, nie słyszałem o tej imprezie, choć sam dopisek BMW sprawia, że siłą rzeczy zwraca się swoją uwagę. Po raz pierwszy natomiast postanowiono przenieść bieg na wieczorne godziny. Genialny pomysł! Skuteczna ucieczka od ewentualnego upału, zostaje cały dzień, z którym można coś jeszcze zrobić w domu, przy rodzinie – nie ma tak, że cały dzień, jako zawodnik, mamy wyjęty z ram życia codziennego.

No i ten rozmach organizacyjny! Perfekcyjnie przygotowani! Pakiet startowy odbierałem w sumie ze 4 minuty – wraz ze złożeniem swojego podpisu na tablicy pamiątkowej (swoją drogą wspaniały pomysł, który pojawił się także przy biegach wieliszewskich). Miejsce startu i mety dobrane z głową: blisko siebie, blisko kolei, blisko autobusów a także metra! Ogrom miejsca dostępnego dla biegaczy i kibiców sprawiał, że nie czułem się jak sardynka w konserwie. Wspaniałe wystroje, iluminacja, nagłośnienie i obecność Narodowego. Stadionu! To nie mogło się nie podobać. Warto tu także wspomnieć o samej mecie, do której prowadziły buchające ognie – tworzyło to nadzwyczajną otoczkę i podniosłość tych ostatnich metrów.

Organizacyjnie nie można nic zarzucić organizatorowi. No chyba, że nawrotki trasy, których tu było aż trzy – to był z pewnością zły pomysł i w przyszłości lepiej, aby się to nie pojawiało. Te nawrotki wielu zawodników przybiły – w tym także mojego sąsiada, który biegł ze mną (a właściwie to odwrotnie 🙂 ). Do tego jednak jeszcze wrócimy.

20170825_140619

Zaczęło się to jednak dużo wcześniej, gdzieś w okolicy czerwca, gdy sąsiad, crossfitowiec, postanowił pokonać dystans półmaratonu i zapisał się właśnie na tę imprezę. Ja ciągle byłem w cyklu przygotowania do Maratonu Warszawskiego. Nie przywiązywałem do tego wagi, bo plan treningowy chciałem realizować w miarę precyzyjnie. Od słowa, do słowa jednak doszło do tego, że byłoby fajnie, gdybym jednak pobiegł. Być może dlatego, że Kamil przekonywał, że on chce tylko przebiec. Że będzie zadowolony jak złamie barierę dwóch godzin – ale niekoniecznie. Jak się nie uda – też będzie ok. W ten weekend miałem też do przebiegnięcia 20 km w układzie interwałowych – pokrywało mi się więc z imprezą.

Na tydzień przed biegiem dołączył się do nas kolejny sąsiad – jako wsparcie techniczne biegu. Zbawcze to było dla nas, bo impreza odbywała się jednak w bardzo chłodny wieczór i wytrwać bez bluzy po biegu byłoby wyjątkowo trudno. Poza tym zawsze raźniej w większej kupie 😉 Do naszej grupy w pewnym sensie przyłączył się jeszcze jeden biegacz, Korzon, choć on wystartował na piątkę, więc za długo nie „pobyliśmy” razem. Na starcie spotkaliśmy się jeszcze z Bogusiem, który z uwagi na swoją zeszłoroczną kontuzję, do biegu podchodził dość treningowo i ostrożnie. Przez to pogadaliśmy tylko troszkę przed startem potem z Kamilem udaliśmy się do strefy 1:50.

Plan działania zmieniał się przez cały tydzień poprzedzający bieg. W większości przypadków brzmiało to trochę tak:

– aby dobiec, może być w okolicach dwóch godzin, nie zamierzam się spinać – chcę to tylko zaliczyć.

Brzmiało to bardzo zachęcająco i obiecywało dość spokojny bieg. Rzeczywistość startowa jednak przyniosła więcej scenariuszy, w których 1:50 nie należał do zbyt absurdalnych 🙂 Stąd ze strefy 2:00 trafiliśmy ostatecznie do strefy 1:50. Tak też ustawiliśmy zegarki bardzo powątpiewając w taki scenariusz tego wieczoru. Wtedy powstał mi w głowie nowy plan, którym nie podzieliłem się z Kamilem. Czas 1:50 był dla mnie dużo niższy niż mój rekord życiowy, więc założyłem, że będzie to mało realne, aby podołać takiemu zadaniu. Postanowiłem, że podciągnę Kamila przez 12-13 kilometrów w tempie na 1:50 a potem jemu pozwolę pójść przodem, ja zaś podciągnę tyle ile dam radę.

59abd70330dc3_o,size,933x0,q,70,h,3c9459

Pierwszy kilometr okazał się dość ciasny, a przez to także dość powolny – średnia przekroczyła 6:00/km. Przeciskaliśmy się nieudolnie, pilnując nóg, aby nie wpadła w jakąś dziurę lub torowisko. Gdy się trochę „przejaśniło” udało się nabrać tempa, które zatrwożyło mnie nieco. Miałem jednak ciągle w tyle głowy, że w tym tempie idę tylko na kilkanaście kilometrów a potem odpoczywam.

Tempo wydawał się mocne, ale szybko się wcisnąłem w prędkość. Gorzej sytuacja wyglądała z Kamilem, który co chwila musiał walczyć z ludźmi, których wyprzedzał, co najwyraźniej kosztowało go to wiele sił. Miewał więc momenty, gdy biegł całkiem fajnie, niemal lekko, a potem przychodził moment, gdy walczył wyraźnie z samym sobą, aby zachować narzucone tempo.

Kamila załamało dopiero na dwunastym kilometrze, gdy wybiegliśmy na Wał Miedzeszyński, gdzie dostrzegł mega-długą zawrotkę, która w sumie miała 3 kilometry. Był tak przygotowany na skręcenie w prawo, że konieczność skręcenia w lewo wyraźnie go podłamała i zaczął wyraźnie co chwila pozostawać w tyle, aby po chwili znowu dojść. Od tego momentu bardziej bolała mnie szyja niż nogi – co chwila kontrolowałem, czy Kamil jest blisko, czy nie wymięka, czy trzyma się blisko. I w ten sposób na 16-tym kilometrze w końcu zgubiłem go z oczu. Trzymałem tempo, licząc na to, że za chwilę się pojawi – ja do tej pory to miało miejsce. Potem jeszcze zwolniłem troszkę, ale to także nic nie dało – zostałem sam. Co gorsza (dla Kamila) poczułem, że sześć kilometrów jestem w stanie utrzymać w dotychczasowym tempie. Oznaczało to, że jeśli zostawię Kamila to mam szansę na życiówkę! Trudna decyzja.

Wybrałem życiówkę. Cieszę się z niej, bo jest nawet dla mnie imponująca. Wstyd mi jest nadal, że zostawiłem sąsiada. Osobiście tego nie lubię, bo zostawiano mnie już tak wielokrotnie. Zew krwi jednak wygrał (przepraszam Kamil!).

Ostatnie 5 km biegłem jeszcze szybciej niż dotychczas. Było to dojmująco satysfakcjonujące doświadczenie i poczucie. Do końca biegłem poniżej 5:00, co pozwoliło mi te ostatnie kilometry tylko wyprzedzać (nikt mnie nie wyprzedził!). Na mecie nie byłem w stanie już nawet przyśpieszyć. Usłyszałem tylko nawoływania motywujące Rafała i dociągnąłem do końca, do linii mety a tam czekała na mnie nagroda: 1:48:54 (oficjalny czas). Udało się złamać karkołomny plan o ponad minutę! To było istne szaleństwo i jednocześnie dobra nauka: należy mierzyć dużo wyżej – nie ograniczać się sztucznie.

Kilka dni później spostrzegłem, że biegnąć półmaraton, pobiłem również swój wynik na 10 km. To pokazało mi, że moje możliwości są dużo większe niż ja sobie wyobrażam lub zakładam.

Bieg był więc pełen emocji, walki, rywalizacji a przede wszystkim radości z wyniku, którego nie tylko nie planowałem, ale wręcz zakładałem, że nie osiągnę. Zadrą tylko ciągle we mnie siedzi pozostawienie mojego sąsiada – może mi to kiedyś wybaczy? Może gdy dobrze opijemy maraton? 🙂

4f-out-pprw17_01_mp_20170902_222955.jpg-2610


One thought on “Będziesz Miał Wybiegane

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s