Ostatni tydzień przed maratonem

przelaje_15

Córka, która ma 11 lat, została wybrana po raz pierwszy do biegów przełajowych. Wcześniej nie biegała treningowo, choć usiedzieć w miejscu wcale nie jest jej tak lekko. Potem wystrzeliła wzrostem i okazało się, że ma całkiem niezłe predyspozycje lekkoatletyczne. W tym roku została zaproszona do grupy treningowej w klubie Arena Legionowo. Data biegu została wyznacza na zeszłą sobotę.

W tej sytuacji stało się oczywiste, że przejmuję mentoring nad moim zawodnikiem i muszę zobaczyć jak jej pójdzie. Sprawdziłem przede wszystkim regulamin – bieg jej rocznika był na dystansie 200 m. Nie dużo, choć dość wygodny dystans na premierowy bieg. Godzina startu: 10:30. Doczytałem się także, że bieg posiadał także tzw. bieg główny: 12 km dla mężczyzn oraz 6 km dla kobiet. Swoją drogą dość dziwne zasady i rozdziały, ale nie chciało mi się wnikać. Natychmiast chwyciłem słuchawkę telefonu i zadzwoniłem do piętnastoletniego syna.

Zgodził się natychmiast. Zapisałem nas i od razu opłaciłem wpisowe. Ponieważ Hubi jest z 2001 roku, to okazało się, że łapał się na bieg 500 m – w sposób nie pozwalający wybrać biegu głównego. Zaczęło się więc żmudne odkręcanie tego i kombinowanie, jak to zrobić, aby mógł pobiec na dystansie, który po prostu go rajcuje? Teoretycznie po dwóch dniach się udało, jednak przed startem, w biurze zawodów naszych danych nie było i kolejne kilkanaście minut tłumaczenia się i kombinowania należało poświęcić. Organizacyjnie kulał ten bieg, choć został oznaczony, że to już 34-ty raz.

Po Biegu Wisły, gdzie Hubert zrobił niecałe 55 minut w dystansie 10 km, przyszedł apetyt na dystans 12 km. Znał te Legionowskie lasy i wiedział, że nie będzie łatwo. Osiągnięcie tempa sprzed dwóch tygodni będzie niemal nieosiągalne. Założył więc, że miło byłoby zrobić ten dystans w tempie 5:30/km. I taki scenariusz biegowy przyjęliśmy.

20170916_102151.jpg

Z Iga nie było za lekko. Dwa dni wcześniej lekko podupadła na zdrowiu i żona mocno protestowała przeciwko pomysłowi biegania. W moim odczuciu jej samopoczucie zdecydowanie mocno się poprawiło i byłem przekonany, że bieg na 200 m nie będzie katalizatorem pogorszenia zdrowia. Szczęśliwie stanęło na moim (co zbyt częste, jak wiadomo, nie jest 🙂 ). Bardzo się denerwowała. Udzieliłem jej kilku kluczowych wskazówek, jak przebiec tak krótki dystans, jak się zachować, na co przygotować oraz poleciłem jej, aby ignorowała każdy możliwy ból – 200 m można przejść nawet na czworakach.

Dzieciaki startowały z miejsca oddalonego o 200 m od mety. Córkę jednak wyodrębniłem z tłumu może na niecałe 50 m przed linią mety. Byłem bardzo dumny i zadowolony. Nie była może pierwsza, ale dobiegła na pozycji 5-tej. W wynikach także widnieje na miejscu piątym, ale jak się okazało, koronacji dokonano tak, że na pudle pod cyferką 3 stanęły dwie dziewczyny. Czyli Iga była w zasadzie czwarta! Wspaniale! Zapracowała na szóstkę z W-Fu.

przelaje_35Po koronacji młodych zabrałem natychmiast Igę do domu, aby nie wyziębiać jej niepotrzebnie a z Hubertem wróciłem na zawody.

Dla mnie był to ostatni tydzień treningowy przed maratonem. Do wybiegania miałem 16 kilometrów. Czasu w rozgrzewce starczyło, aby wykonać trzy kilometry w kombinacji z różnymi ćwiczeniami w ruchu. Powiedzmy, że z rozgrzewki byłem zadowolony tak w 65%. Brakowało mi jednego kilometra. Zakładałem jednak dość intensywny bieg, więc odpuściłem sobie ten kilometr.

Hubi miał jeszcze mniej czasu na rozgrzewkę, bo musiał się wrócić do samochodu. Wagę rozgrzewki jednak miał wkrótce poznać na swojej skórze – dość boleśnie.

Pierwszy kilometr poszedł nawet normalnie. Próbowałem utrzymywać tempo w okolicy 5:30 słuchając Huberta, że to jednak nie jest jego dzień, że dziś nie da jednak rady w tym tempie pobiec. Zbyt krótki czas od Biegu Wisły, jak sobie wydedukował. Może i było w tym wiele racji, ale chciałem wierzyć, że to tylko takie gadanie – w końcu rozgrzewkę miał bardzo słabą. Myliłem się.

Hubi odpadł już po pierwszym kilometrze. Wyglądał, jakby walczył nie tylko z drogą leśną, piaskiem i trawą, ale przede wszystkim sobą. Na początku powoli, potem coraz mocniej, aż straciłem go z oczu. Długo wahałem się, co teraz zrobić. Ostatnio gdy tak zrobiłem, kolega Kamil już nie dał rady dogonić. Tym razem mogło tak samo się zdarzyć. Uznałem, że zaryzykuję i postaram się utrzymać założone tempo, licząc na to, że syn dołączy jednak – pozbiera się i będzie godził. I dogonił!

przelaje_30.jpg

Był już odmieniony – jakby miał okazję odpocząć kilka minut. Dogonił mnie i stwierdził, że strasznie szybko biegniemy. Spojrzałem na zegarek: 5:25 – nie było jakoś mega szybko. Mój zegarek (biegł z Polarem M400) pokazuje ciut poniżej 5:00! Spojrzałem na niego i stwierdziłem: to dziwne – spora rozbieżność! Poleciłem więc, aby sprawdzał średnią na poszczególnych kilometrach (taką funkcję dawał Polar), abyśmy mieli pojęcie jak właściwie biegniemy, zwłaszcza, że zaczynałem zauważać, że chwilowe tempo na moim zegarku dość mocno pływało.

Kolejne kilometry zaliczaliśmy w okolicach tempa 5:00 i niżej. Hubi jednak nie miał nic przeciwko. Narzekał wprawdzie już na czwartym kilometrze, że napiłby się czegoś, ale jak na złość pićku zostawiłem na mecie. Bieg był jednak zorganizowany jako dwie pętle, więc przy szóstym kilometrze miałem szansę zgarnąć butelkę i zaspokoić pragnienie tak Huberta jak i moje. Musieliśmy tylko wytrwać. Niepojącym było tylko, że jeden z kibiców, który dołączył do biegaczy przed nami na kilometr przed końcem pierwszej pętli, wspomniał, że na mecie nie rozdają wody! Było to niepokojące, bo izotonika miałem może pół butelki. Musiało wystarczyć. Trzeba było tylko zaplanować racjonowanie.

przelaje_216.jpg

Na szczęście wiadomość przyniesiona z „mety” nie była prawdziwa. Udało się złapać kubeczek wody, a na zawrotce złapałem jeszcze naszą butelkę izotonika – byliśmy uratowani. Czas pętli 6 km: ciut powyżej 30 minut! Genialny czas, który tak rozochocił Huberta, że szybko przeliczył sobie w głowie i postanowił, że chciałby złamać 52 minuty na dystansie 10 km.

Szybko przekonstruowaliśmy więc nasz cel: biegniemy pełną parą na dychę a pozostałe dwa kilometry na tyle, na ile pozwoli nam wcześniejsza gonitwa – już bez spiny. Utrzymywaliśmy więc tempo przez kolejne dwa kilometry – udało się! Nie obyło się wprawdzie bez poganiania tego młodego chłopaka i motywowania, że mamy nowy cel i biegniemy na dużo krótszy dystans. Ciągle działało.

Na ósmym kilometrze szybko policzyłem, że przy odrobinie szaleństwa powinniśmy się zmieścić nawet w 50 minut na dyszce. To był sygnał dla Huberta do samobieżnego podwyższenia tempa. W pierwszej chwili pomyślałem: wypali się – to szalone tempo! Na początku nawet ja poczułem, że odpadam. Na szczęście po chwili udało się wrzucić wyższy bieg i ruszyłem za młodym. Mijani zawodnicy patrzyli na nas jak na wariatów. Wyprzedzaliśmy ich, jakby za paręset metrów miała być meta. Wyglądało to nieco zabawnie jak i osobliwie.

Ostatnie 500 metrów naszej założonej dychy, to był moment, w którym głowa Huberta postanowiła przejąć kontrolę nad bieganiem. „Chyba nie dam rady…”, „jeszcze 500 metrów – za dużo…”, „odpadam, nie utrzymam takiego tempa…”. Był to moment na nieco twardsze motywowanie. Dziwnie brzmiało na ponad 2 km przed metą i z pewnością wzbudzaliśmy cichą sensację – plan jednak trzeba było zrealizować i nie wolno było odpuścić na 300 m przed metą. Darłem się więc jakby mi na żywca wycinali ślepą kiszkę. Na Huberta na szczęście to działało.

Ostatnie metry przemknęliśmy obok zawodnika, który po twarzy widać było, że ostatnia dycha nie była najlżejsza  dla niego. Spojrzał na nas z niepokojem, ale nic nie powiedział. Chwilkę później Hubi wykrzyknął: „Jest! Równe 50 minut!”. Zwolnił nieco a świeżo wyprzedzony zawodnik stwierdził „To ja teraz rozumiem, skąd ten sprint w środku trasy!”. Zamieniliśmy jeszcze kilka słów i Hubi znowu odzyskał siły.

przelaje_122.jpg

Natychmiast dołączyłem do niego a tempo znowu znalazło się w okolicach 5:00. Najwyraźniej złamanie życiówki o ponad 4 minuty uskrzydliło go. Co prawda nie można zapomnieć także o wyprzedzaniu kolegów z Bravehearts’ów – to jego jeszcze mocniej napędza. Dlatego też pewnie, pomimo intensywnej dziesiątki, z bardzo trudnym początkiem, oderwał się jeszcze ode mnie przed metą i musiał wyprzedzić jeszcze jedne „waleczne serce” 🙂 Mi zaś przypadło w udziale podciągnięcie zawodnika, z którym rozmawialiśmy po zaliczeniu dychy, a który podłączył się do nas już samego końca. Było wprost wesoło!

przelaje_251.jpg

Na mecie oprócz zadowolenia i uśmiechu, czekały na nas medale oraz wspaniałe spaghetti! Smakowało niemal jak domowe. Posililiśmy się więc, pogadaliśmy z innymi a następnie spakowaliśmy się i ruszyliśmy do domu.

Na drugi dzień sprawdziłem wyniki. Byłem pierwszy w swojej kategorii wiekowej. Zastanowiło mnie to – w mojej kategorii wiekowej jest tak wielu ścigaczy, że zakrawało to raczej na niemożebliwość. Zacząłem więc sprawdzać ile osób zostało za mną: jedna?! Coś tu jest nie tak! Gdy skonfrontowałem to z regulaminem, okazało się, że zaklasyfikowali mnie do grupy M-VI – czyli rocznik 70+. Hmmmm… Chyba powinienem jednak zaczekać na statuetkę 🙂


One thought on “Ostatni tydzień przed maratonem

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s