Ultramaraton Powstańca 1944 (sztafeta)

20507290_1651263548226011_4065355333993967106_o.jpgGdy zobaczyłem Tomka, natychmiast wykrzyczałem, że to ostatnie metry i teraz czas na finisz – tak jak zawsze. Tomek lubi szybkie zakończenia, tym razem jednak mina mówiła, że chciałby odstąpić od tej reguły.

– No dawaj! Ruszamy! Tyle z pewnością już dasz radę. Musimy na mecie wyglądać tak jak wyglądają ci co wpadają na metę! Musimy narzucić tempo i wbiec szybko!

– Nie daję rady. Ta wieża mnie pokonała…

– O tym pogadamy później, teraz nie ma czasu.

I delikatnie przyśpieszyłem, aby zachęcić go do ścigania – podziałało. Wtedy przyśpieszyłem jeszcze mocniej, i jeszcze mocniej, i jeszcze mocniej. W ten sposób nabraliśmy całkiem przyzwoitego tempa, nie dopuszczając do przekroczenia 6h20’’. Tomek jeszcze próbował protestować, ale zawodniczka na 150 metrów przed metą i kilkanaście metrów przed nami znowu dodała mu skrzydeł i wycisnął z siebie jeszcze dodatkowe pokłady siły – tak aby pokonać jeszcze jednego zawodnika – to zawsze działa!

20448892_1651267694892263_1118427870591780531_o.jpg

Tak było na mecie, gdy słońce było niemal w zenicie i postanowiło ugrillować każdego, kto postanowił wyjść z cienia. Ten dzień zaczął się jednak dużo, dużo wcześniej. Dla mnie o 4:55.

Poranek (dla niektórych zapewne środek nocy) dał się poznać od zadziwiającej strony: termometr pokazywał 12 stopni(!). Noc wydawała się tak upalna, że zasnąłem już grubo po 2:00 w nocy, to też pierwsza myśl była bardzo prosta: mam zalepione oczy, muszę je dobrze umyć. Procedura korekcji wizji jednak nie przyniosła zmian w aurze za oknem i musiałem przyznać, że muszę delikatnie skorygować swój obiór na dzisiejszy bieg – przynajmniej na jego początek.

Do samochodu zapakowaliśmy się 5:45 – jak zawsze, wszyscy punktualni, aż do bólu. Trzech sąsiadów ruszyło na podbój Ultramaratonu Powstańca 1944. Daleko nie było, więc nawet nie było za wiele czasu na gadanie. Kamil przygotował „kuloodporną kawę mrożoną”. To był ten moment, w którym chyba wolałbym ją na gorąco. Nie można jednak mieć wszystkiego, a kawa była na tyle wyśmienita, że z przyjemnością wypiłem nawet zimną. W końcu stanowiła odpowiednie wzmocnienie na dzisiejsze zmagania.

20170730_060859.jpg

Na miejscu, pod szkołą, spotkaliśmy się z pozostałą częścią drużyny – teraz byliśmy w komplecie: Kamil, Tomasz, Bogdan, Karolina i ja. Czasu nie mieliśmy wiele, bo plan imprezy był dość napięty. Trochę szkoda, bo były zdarzenia, które kolidowały ze sobą. Dla przykładu: o 6:10 odjeżdżał pierwszy autokar i o tej samej godzinie zaczynała się także odprawa, która kierowana była zdecydowanie do wszystkich. Jakby tego było mało, to o godzinie 6:20 ruszał kolejny autobus, ze zbiórką o 6:10. Czyli kolejny członek załogi nie mógł uczestniczyć w odprawie. Mój autobus ruszał o 6:40, czyli 6:30 musiałem już być w pobliżu. Start się nieco przesunął, więc nawet nie mogłem uczestniczyć w hymnie. A biorąc pod uwagę, że pierwszy punkt zmiany był na ósmym kilometrze, to autobusy mogły spokojnie wyjechać później i dać możliwość wszystkim uczestnictwa w ceremonii rozpoczęcia, która była dla mnie bardzo ważna (i pewnie dla innych też). Być może udałoby się także, aby wszyscy te pierwsze kilkaset metrów honorowego startu mogli osobiście zaznaczyć swoją obecnością. Jest to jednak sprawa organizacyjna i myślę, że wnioski zostaną wyciągnięte, tak aby w przyszłym roku każdy miał okazję swoją osobą uczcić powstańców tak jak należy.

20423952_1651271564891876_4449071855370862471_o

Tak więc na moim punkcie zmiany byliśmy jeszcze przed 7:00. Był to 26-ty kilometr trasy – łatwo policzyć, ile trzeba było czekać na pierwszego zawodnika. Ja czekałem blisko 2,5 godziny(!). Zupełnie niepotrzebnie tak wcześnie nas zawieziono, bo spokojnie 1,5h z tych 2,5h mogliśmy spędzić w miasteczku. Tam, gdzie był cień, woda,  miejsce na odpoczynek itd. Nasz punkt niestety charakteryzował jeszcze brak cienia, co nie pomagało przetrwać tego czasu oczekiwania. A że słońce od godziny 8:00 już całkiem nieźle smażyło, trzeba było pilnować nawodnienia. Dobrze, że miałem 0,75l izotonika.

20170730_070117

Zrobiłem więc dokładną rozgrzewkę, rozciąganie, toaletę a potem nawet relaks na trawie. Szczęśliwie miałem słuchawki i mogłem dokończyć audiobooka, które już mnie męczył i miałem ochotę go jak najszybciej skończyć. A że miał w sumie 20 godzin, to słuchanie jego już mnie nieco znużyło. Udało się go szczęśliwie skończyć, zanim przybiegł Boguś, którego zmieniałem. Byłem tak uszczęśliwiony, że całą trasę postanowiłem pobiec bez słuchawek 🙂

Gdy w końcu zobaczyłem Bogusia, ciężkie promienie słońca zaczynały doskwierać nawet na łydkach. Wiedziałem, że czeka mnie dość trudny fragment biegu. Moje zadanie polegało na pokonaniu 19 kilometrów – większość w otwartej przestrzeni, w pełnym słońcu. Wystartowałem więc bardzo spokojnie – bez niepotrzebnego wyrywania się i spalania już na pierwszej części trasy. Zmordowany Boguś, u którego takich słów usłyszeć jest ciężko, zaklął tylko i stwierdził, że mam pić wszystko na drodze spotkam – nawet wodę z kałuży. Tych na trasie nie znalazłem, ale szybko się przekonałem, że nie zawahałbym się.

Moje pierwsze 10 kilometrów zawierało niecały kilometr w cieniu. Żar lał się z nieba i jak lawa smagał po plecach. Może dlatego udawało mi się utrzymywać tempo poniżej 5:30. Pozwalało to także wyprzedzać ludzi, co z kolei porcjami dodawało motywacyjnego kopa. Takimi „hopkami” udało mi się dobiec do samych Sikor, gdzie był kolejny punkt zmiany – choć jeszcze nie dla mnie.

20424052_1651260384892994_5219593817358496724_o

Ci, którzy biegli na cały dystans 63 kilometrów, mieli czerwone smycze – pozostali czarne. Wyprzedzanie tych z czarnymi dawało więc sporo satysfakcji. Tych z czerwonymi zdecydowanie mniej – przecież oni mieli do pokonania dużo więcej niż ja. Za Sikorami spotkałem nawet swojego znajomego, ultramaratończyka, Jacka.

– Jacek? – rzuciłem zaczepnie, widząc jego imię na koszulce i domyślając się, że właśnie jego. Był nieco przygarbiony i wyglądał na zmęczonego upałem. Trochę to nie pasowało do niego, więc moje pytanie było dość ostrożne.

– To znowu, k…, ty? – próbował się uśmiechnąć, ale zmęczenie postanowiło przejąć kontrolę nawet nad mimiką.

– Dogonić cię to żadna chluba, ale nie wyprzedzić to już wstyd! – spróbowałem także zażartować. Uśmiechnął się kątem ust i westchnął głęboko. Przybiliśmy więc piąteczkę, pożyczyłem mu wytrwałości i siły a następnie wróciłem do swojego poprzedniego tempa zostawiając go powoli w tyle.

Dalsza część biegu pozwalała znaleźć trochę więcej cienia. W tym czasie niewiele to jednak już dawało. Łapałem po drodze wszelkie okazje do picia i łamiąc swoje przyzwyczajenia piłem dwa razy więcej – po dwa-trzy kubeczki. Pomiędzy punktami żywieniowymi podpijałem swojego izotonika. Parowanie wody z ciała było na tyle duże, że ani razu nie doświadczyłem chlupania w żołądku – organizm pochłaniał każdą ilość wody lub innych napojów.

20424066_1651263868225979_4555929276303044434_o

I tu koniecznie chciałbym podziękować wszystkim mieszkańcom, których miałem przyjemność spotkać na trasie, którzy obdarzali nie tylko dobrym słowem, ale także wszelkiego rodzaju napojami a nawet prywatnymi spryskiwaczami ogrodowymi. Wiadomym jest teraz dla mnie, że część z tych stoisk była zupełnie prywatną inicjatywą mieszkańców. Dla mnie, biegacza, w taki upał był to heroiczny i wspaniały gest. Bez Was byłoby dużo ciężej i zupełnie bez frajdy. Wasza obecność jest jeszcze ważniejsza niż obecność innych biegaczy. Dzięki Wam postanowiłem, że jeśli następnym razem nie będę mógł pobiec w tym biegu, zrobię to samo co Wy: wystawię stolik (bieg idzie kilkaset metrów od naszego domu) i będę wspierał biegaczy nie tylko dopingiem, ale i napojami.

W piątym punkcie zmiany czekał już Tomasz. Nakręcony i gotowy. Chwycił smycz z kartą i ruszył takim pędem, że nie zdążyłem nawet spostrzec, kiedy zniknął mi z oczu. Ostatnie moje kilometry biegłem powale, gdzie słońce bezlitośnie topiło każdy centymetr ciała, więc na mojej mecie czułem się zmaltretowany, jak rozjechany chrabąszcz. Tutaj sołtys jednak zapewnił ucztę – bo poczęstunkiem to ciężko nazwać. Tu mieliśmy do dyspozycji wodę, izotonik, kompot, coca-colę, banany, arbuza, różne babeczki a nawet ciasto czekoladowe! Coś wspaniałego! Dzięki temu już po kilkunastu minutach stałem twardo na nogach a siły wróciły do mnie, jak źle zaadresowany przelew – niespodziewanie i po cichu.

Porozciągałem się porządnie, aby nie pozostawić ściągniętych mięśni, spróbowałem odpytać, kiedy pojawi się transport, ale informacje były wyjątkowo mało precyzyjne. Sprawdziłem więc na mapie jak daleko mam do Wieliszewa, do mety – około 6km. Całkiem nie daleko – pomyślałem przewrotnie, jeszcze nie wierząc w to co mi się kołacze w głowie. Przecież pogoda całkiem nieźle mnie sponiewierała przez 19 kilometrów. Ale może chociaż szybkim spacerem? Burza w mojej głowie rozszalała się tak gwałtownie, że musiałem szybko podjąć jedyną słuszną decyzję, zanim spustoszy jej zawartość, jak nieoczekiwany orkan. I ruszyłem!

20170730_064228.jpg

Po kilkunastu krokach nuda jednak mnie zabiła, a nogi postanowiły robić swoje – po co dyskutować z trupem? Komunikacja może nie była zbyt klarowna i głowa przegrzana pracowała dość autonomicznie w stosunku do pozostałem części ciała. W ten oto sposób znowu ruszyłem w bieg, choć starałem się, aby tempo było już spokojne, treningowe – wręcz relaksacyjne. Ten chaos zatarł kilka logicznych aspektów mojej decyzji. Na przykład to, że zapomniałem napełnić swoją butelkę jakimś napojem. W końcu 6 km w takim słońcu to nie jest mało. Dramatu jednak nie było – w butelce chlupało jeszcze ok. 150 ml izotonika – uznałem więc, że odpowiednio racjonując dobiegnę.

I dobiegłem. Jeszcze grubo przed autobusem. Dzięki temu nie miałem kolejki do jedzenia, picia itd. Tradycyjne dla tych biegów spaghetti nie chciało jednak przejść przez gardło. To był pierwszy wyraźny znak wyczerpania. Jadłem więc tę małą porcję kilkanaście minut, tak aby nie wystraszyć współtowarzyszy jakąś nie do końca kontrolowaną cofką. Potrzebowałem blisko 30 minut na regenerację: jedzenie, picie i odpoczynek. Kropkę nad „i” postawiłem kufelkiem piwa i rozmowami z innymi zawodnikami. Będę żył – pomyślałem i zacząłem się zastanawiać jak idzie Tomkowi.

20544036_1651271738225192_2278368148987498095_o.jpg

Tomek biegł na Endomondo, dzięki czemu mogłem śledzić jego postępy. Wtedy właśnie zauważyłem, że coś nie tak, jak powinno. W pierwszej chwili pomyślałem, że Tomek wpadł w „dziurę zasięgu” i stracił internet w telefonie. Po kilku minutach jednak okazało się, że to jednak nie to – Tomek zdecydowanie za wolno bieg, jak na swoje możliwości. Długo nie myślałem. Pozbierałem swoje „śmieciuszki” i ruszyłem od mety w kierunku, z którego Tomek miał przybiec. Postanowiłem, że ostatni kilometr podciągnę na tyle ile dam radę. Najgorsze z tego było ponowne założenie zupełnie mokrej koszulki – sytuacja jednak wymagała poświęceń 🙂

Niecały kilometr przed metą ustawiłem się przy trasie i czekałem na Tomka. Czas umilałem sobie i innym poprzez wykrzykiwanie najdziwniejszych haseł dopingowych. Wśród nich znalazły się takie jak:

– To nie trening! Przyśpiesz w końcu!

– Rozgrzewka się już skończyła – możesz w końcu przyśpieszyć!

– Przyśpiesz, bo ja szybciej stoję niż ty biegniesz! Dajesz!

– Na tym kilometrze akceptowany jest tylko uśmiech – grymasić będziesz za metą!

– Takie tempo to wstyd – zwłaszcza na ostatnim kilometrze! Możesz dać z siebie więcej!

Wiem, wiem – mało delikatne – może nawet grubiańskie. Każdy jednak kwitował to uśmiechem. I to lubię! Przecież chodzi o zabawę, motywację i kibicowanie. Po kilku minutach pojawił się Tomek, z którego twarzy można było wyczytać, że wsparcie mile widziane.

Za metą Tomek uścisnął moją dłoń i stwierdził, że potrzebował takiego kopniaka. Że dobre, że go podciągnąłem ten ostatni fragment. Nie był zadowolony ze swojego wyniku. Wieżę wskazał jako miejsce, gdzie podcięło jego zasoby siłowe. Wbiegnięcie na wieżę przypadło jemu i okazało się najtrudniejszym elementem tego biegu – przynajmniej w skutkach.

I tak oto dzień zakończyłem 27 kilometrami na liczniku. Dużo kilometrów, nieprzespana noc, wysmażanie słoninki – to wszystko skosiło mnie około 15:00 i spałem chyba około 4 godzin. To jak radzą sobie ci, którzy pokonali cały dystans? Strach pomyśleć. Tym czasem pozostaje mi tylko zdjąć czapkę z głowy w wyrazie szacunku dla ich wytrwałości!

20449346_1651268394892193_5223151846879141771_o


Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s