Zakonnice odchodzą po cichu

446270-352x500Od młodych lat byłem związany z różnymi wspólnotami przykościelnymi: oaza, jakieś obozy, pielgrzymki, spotkania a nawet neokatechumenat. Wiele działań, wiele wzruszeń, wiele rozczarowań i zawsze więcej pytań niż odpowiedzi. Poszukiwanie Boga zdecydowanie nie jest łatwe. Wieczne rozterki, niejasności, zgrzyty, niedopasowania i sprzeczności. A najwięcej związanych z siostrami zakonnymi.

W pierwszych dwóch klasach podstawówki religia była prowadzona jeszcze po staremu: poza szkołą, w salkach przy kościele i do tego prowadzone przez siostrę zakonną. Po raz pierwszy poznałem jak wiele zła i przemocy fizycznej należy spodziewać się nawet od osób duchownych, które na co dzień uśmiechają się, jakby były naćpane. Dwa różna oblicza, dwa skrajne zachowania, tak sprzeczne i niepokojąco niebezpieczne. Nigdy tego nie potrafiłem zrozumieć.

Księża i zakonnicy (mowa o rodzaju męskim) natomiast wielokrotnie wprawiali mnie w stan, który przywracał wiarę w ludzi i Kościół. Spotykałem na swojej drodze wielu, którzy chcieli całym sercem służyć innym, pomagać, wspierać i prowadzić przez meandry poszukiwań Boga. Poznałem także tych, których lubimy określać „niegodnymi bycia księdzem” – nie osądzałem ich jednak nigdy surowo. W końcu oni też są ludźmi, też szukają Boga i wielokrotnie wkładając w to całe swoje życie. Nie mówię tu już o mega skrajnych przypadkach przede wszystkim dlatego, że nie o tym tu chciałem…

Pojawił się ostatnio bardzo dobry dokument o zakonnicach. Głównie o tych co odeszły ze zgromadzeń. O tym dlaczego, jak to wyglądało i na czym to wszystko polega. Osobiście byłem przekonany, że wiem wystarczająco dużo o zakonach i o tym, jak one działają. Zawsze miałem przeświadczenie, że ich działalność łamała dziewczyny, robiąc z nich nieporadne istoty, które nijak nie pasowały do współczesnego świata. Wielokrotnie zauważałem, że są to osoby nie potrafiące odnaleźć się we współczesnym świecie. Czasami mówiłem o zakonach jak o katolickich sektach, ale nie miałem na to żadnych dowodów. Nie potrafiłem potwierdzić swoich tez. Dlatego pojawienie się tej książki przypieczętowało zakup i postanowienie przeczytania. Chciałem wiedzieć więcej, potwierdzić swoje domysły, poznać prawdę.

Książka przerosła moje wyobrażenia. Wiele faktów się domyślałem. Zdecydowanej większości nie. Szybko doszedłem do wniosku, że wiele sekt mogłoby się uczyć właśnie od zakonnic, gdyby nie to, że funkcjonowanie zakonów jest mocno niejawne. Ten dokument odkrył prawdziwe blaski i cienie tych zamkniętych miejsc – ze szczególnym uwzględnieniem tych drugich. W końcu bohaterki to przede wszystkim byłe zakonnice, więc należało się spodziewać wiele żalu, zgorzknienia i rozczarowań. Byłe zakonnice mówią jednak też o tych dobrych rzeczach. Jest ich jednak tak niewiele, że nawet uważny czytelnik może mieć problemy z wychwyceniem ich w treści książki. Nie to jednak jednak uderza czytelnika. Z opowiadań widać bardzo wyraźnie jak drenuje się umysł, ciało i emocjonalność adeptek a potem zakonnic. Te, którym udaje się wyjść z tego „obozu” wyglądają jak wydmuszki. Przez pierwsze lata czują się bezradnie, nie potrafią odnaleźć się w codziennym życiu, wielokrotnie nie potrafią nawiązać zdrowych relacji międzyludzkich (warto wspomnieć o tym, że społeczeństwo samo napiętnuje taką kobietę, niemal jak trędowatą!) nie wspominając już kompletnym bałaganie duchowym, który uporządkować często się już nie udaje.

Nie mogę już tu za dużo zdradzać, aby Wam nie odbierać „radości” czytania tego dokumentu. Za dodatkową rekomendację niech posłuży jeszcze informacja, że autorka podejmuje także rozmowy z zakonnikami, księżmi a także aktywnymi matkami przełożonymi, aby poukładać informacje i wyciągnąć wielopłaszczyznowe opinie. Z obrazu tego widać, jak słońce na czystym niebie, jak bardzo dziwnym tworem są zakony. Najbardziej jednak porażającym dla mnie był fakt, że w w przedstawionych zgromadzeniach tylko na papierze chodziło o pomaganie innym – na co dzień jest to fikcja, która utwierdza mnie w przekonaniu, że zakony żeńskie to miejsce gładzenia człowieczeństwa.

Na koniec jeszcze jedno „ale”. Ta książka mogła być jeszcze lepsza, gdyby padły właściwe pytania. Dziś już wiem, że dobry dokument, reportaż powstaje na bazie odpowiednio zadanych pytań. Po książce odczułem właśnie taki niedosyt. Rozumiem, że podjęty temat jest bardzo delikatny a z bohaterkami tej książki należy się obchodzić raczej jak jajkiem (to parafraza). Z pewnością sytuacja wymaga wiele wyczucia, wrażliwości i ostrożności. Czasami jednak pewne pytania muszą paść. Zwłaszcza, że ta książka może pomóc wielu młodym dziewczynom w podjęciu decyzji, w obliczu rozterek, czy warto iść do zakonu.


6 thoughts on “Zakonnice odchodzą po cichu

  1. Bardzo ciekawe co piszesz! Właściwie mam dużo pytań, ale nie chcę zadawać wszystkich naraz, żeby Cię nie zniechęcić przed odpowiadaniem 😉 Zacznę od tego: Jakie były Twoje doświadczenia z neokatechumenatem? Miałem krótką przygodę z nimi, właściwie dość pozytywną, ale jestem ciekaw co skłoniło Cię do tego, że „jednak nie”…

    Polubione przez 1 osoba

  2. Moja przygoda z neokatechumenatem to temat na co najmniej nowelę 🙂 byłem tam grubo ponad rok. Niestety nie mieliśmy stałego nadzoru duchowego w postaci księdza, więc grupa bardzo się wyizolowała i zaczęła przybierać cech sekciarskich. Wtedy trafiła mi w ręce bardzo dobra książka (z kilkoma imprimatur), w której Jan Paweł II wskazywał na niebezpieczeństwa, na jakie skazane są współczesne wspólnoty. Moja grupa niestety zawędrowała okrutnie daleko. Ponieważ ci ludzie byli mi bardzo bliscy, to uznałem, że można to jeszcze uratować. Efekt końcowy niestety był taki, że grupa zaczęła się sypać a mnie zaczęli nachodzić z księdzem do akademika w celu wyganiania złych duchów ze mnie a raz nawet chcieli na mnie odprawić egzorcyzmy. Dla to był jasny sygnał, że tu ludzie przekroczyli pewien próg, za którym wspólnota już nie istnieje… W późniejszych latach nie odnalazłem już w sobie sił, aby ponownie spróbować w innym miejscu.

    Polubienie

  3. Zainteresowałeś, pewnie zakupię tą pozycję. Trochę mi to też przypomina kręgi rodzin, nie mówię, że są całkowicie złe, ale odniosłam wrażenie, że ludzie w tych kręgach są zamknięci na innych, a sama wspólnota izoluje od rodziny-dziadków, rodzeństwa tłumacząc, że nie liczą się więzy krwi. Izolują od znajomych, którzy są niewierzący, lub idą inną drogą. Jakoś to do mnie nie trafia…

    Polubienie

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s