Korona Półmaratonów Polskich 2016

Pokaz slajdów wymaga JavaScript.

Długo pracowałem na tę odznakę, długo się nią cieszyłem, ale najdłużej to zbierałem się do napisania podsumowania i być może drobnej relacji z całego tego przedsięwzięcia. Z pewnością łatwiej byłoby pisać o tym na bieżąco, ale czasu nie będziemy cofać – tylko powspominamy 🙂

Zaczęło się od Bogusia, który postanowił, że będzie robił Koronę wraz z siostrzenicą. Natychmiast postanowił mnie namówić. Jako, że od lat namawiamy siebie na różne dziwne i mniej dziwne rzeczy, to jego propozycja wcale mnie nie zdziwiła. Z pewnym dystansem i ociąganiem zgodziłem się. Sama myśl zdobycia Korony bardzo mi się podobała, choć warunki, jakie trzeba było spełnić nie były już tak atrakcyjne.

Korona Półmaratonów Polskich

Na czym polega Korona Półmaratonów Polskich? Jest to odznaka nadawana przez Polskie Stowarzyszenie Biegów, które powstało na bazie organizatorów biegów ulicznych w roku 1995. Stowarzyszenie oczywiście jest zarejestrowane w Urzędzie Kultury Fizycznej i Turystyki. Idea Korony polega na upowszechnianiu tych najważniejszych imprez półmaratonowych w Polsce. PSB wyznacza więc na dany rok, które półmaratony w chodzą w skład „promocyjny” i dzieli je na trzy grupy. Uczestnik, aby wywalczyć Koronę, musi zaliczyć pięć półmaratonów w ciągu jednego roku kalendarzowego, zaliczając jednocześnie wszystkie trzy grupy imprez, wymienione w regulaminie. Z mojego punktu widzenia trochę dziwaczne to regionalizowanie – rozumiem jednak, że chodzi o popularyzację imprez, na które normalnie raczej bym nie pojechał 🙂

20161118_083657Czy jest to więc ważne odznaczenie? Z punktu formalnego trudno mi powiedzieć – wygląda na to, że tak. Z drugiej strony w roku 2016 przyznano tę odznakę niemal 2 tys. biegaczy! Nie podjąłem się jednak zdobycia tej odznaki aby świecić gdzieś na firmamencie lub czerpać z tego jakieś korzyści (np. półmaraton będę miał zawsze krótszy o 1km 🙂 ). Moją motywacją było wygrać ze samym sobą. Półmaratonów kilka miałem już sobą, ale zawsze łączyły się z jakimiś kontuzjami (głównie wykluczając mnie ze startów). Chciałem złamać tę bessę, pokazać sobie, ze to wszystko można zmienić na lepsze.Zrobić kolejny krok milowy w moim bieganiu. Przełamać strach przed takim intensywnym bieganiem, które przez ostatnie lata zakorzenił się we mnie, pomimo nie do końca logicznych przesłanek.

Pierwszym startem miał być Półmaraton Warszawski. Nie było z tym problemu, bo zaplanowałem ten start jeszcze przed końcem roku 2015. Początek więc już miałem zabookowany. Raczej bez euforii podszedłem do tematu Korony. Nie rezerwowałem dalszych startów – jeszcze będzie na to czas.Do załogi dołączył jednak sąsiad. tak duża grupa biegaczy to już coś.

Gdy zacząłem się już nakręcać i planować dalsze starty, okazało się, że nasza drużyna zaczyna się rozpadać – a to był jeszcze styczeń! Sąsiadowi miał się urodzić nowy potomek – należało założyć, że pięć półmaratonów to on nie da rady zrealizować. Było fizycznie awykonalne. Bratanica Bogusia cośtam-cośtam, a Boguś stracił chyba werwę po wycofaniu się bratanicy. Tym razem to się zezłościłem! To znaczyło, że jestem już nakręcony i chcę zdobyć Koronę Półmaratonów.

Sąsiada nie naciskałem, bo w sumie to sam zapewniał, że on nadal przygotowuje się na zdobycie odznaki. Przyjmowałem to ze stoickim spokojem, nie biorąc jednak jego pod uwagę w dalszych planach biegackich (zakładałem, że warszawski zaliczy, bo to jeszcze przed narodzinami).

Bogusia jednak postanowiłem przy najbliższej okazji opitolić. Nie to, że liczyłem na jakiś efekt. Po prostu chciałem się wyżalić, że narobił mi smaku a potem zostawił samego na placu boju. Muszę być strasznym marudą, bo nieoczekiwanie oznajmił, że ok. Że jednak podejmą się Korony – nawet z bratanicą. Nastąpiło to wprawdzie po paru dniach, ale zaskoczył mnie bardzo miło. Tak czy owak Półmaraton Warszawski i tak mieliśmy startować w komplecie.

A jak wyglądały inne imprezy? Jakie miałem alternatywy? Oto one:

  • Półmaraton Ślężański – Sobótka
  • Półmaraton Warszawski – Warszawa
  • Półmaraton Poznański – Poznań
  • Półmaraton Białystok – Białystok
  • Półmaraton Słowaka – Grodzisk Wlkp.
  • Nocny Półmaraton – Wrocław
  • Półmaraton Wałbrzych – Wałbrzych
  • Półmaraton Philips’a – Piła
  • Półmaraton Lechitów – Gniezno
  • Półmaraton Królewski – Kraków

Ze względu na wybór Półmaratonu Warszawskiego, ten w Sobótce już przepadł. Cztery pozostałe miałem więc wybrać spośród ośmiu innych. To był jednak temat na po-półmaratonie-warszawskim. Ciągle nie byłem pewien jak zareaguje moje ciało na półmaraton, do którego nie byłem wystarczająco dobrze przygotowany.

Półmaraton Warszawski

Bieg odbył się trzeciego kwietnia. Pogoda dopisała. Było lekko chłodno ale bardzo słonecznie. Kusiło do zrzucenia kurtki – na to jednak nie byłem przygotowany, bo pod spodem miałem już tylko koszulkę – a to trochę za mało. Z racji dość wczesnej rejestracji, otrzymałem numer 1803 – całkiem ładny, choć matematycznie to nic szczególnego – po prostu liczba 🙂

Na starcie stawiliśmy się załogą: sąsiad, Bogus i jego bratanica. Boguś z bratanicą biegli razem a ja z sąsiadem razem. Para Bogusia rozpadła się w pewnym momencie. Moja też – zasadniczo na ostatnim kilometrze. Sąsiad postanowił, że będzie teraz robił wynik. Ok – ja zakładałem, że biegnę treningowo. W planach przecież miałem do zrobienia jeszcze cztery półmaratony tego roku, więc wolałem dobiec w pełnym zdrowiu i mieć nadal otwartą bramę do następnych imprez.

pwa16_01_mta_20160403_115003

Ale uciekłem już do końca biegu. Może dlatego, że po drodze nie wiele się działo. Jak zwykle zaczepiałem ludzi, aby na chwilę zmniejszyć gadatliwość sąsiada (ma wielkie możliwości!). Ale nie tylko dlatego – lubię w biegu pozaczepiać ludzi, pożartować, powspierać, pouśmiechać się itp. W końcu biegniemy w grupie. Może dlatego lubię takie inicjatywy jak biegnący prysznic, albo łoś w kajaku (w tym roku ich nie widziałem, ale bywają od czasu do czasu). Gdy sąsiad postanowił przyśpieszyć, ja zagadnąłem dziewczynę, która wyglądała już dobrze zmęczoną. Od słowa do słowa i nagle zrobiła się meta! Zachęciłem ją do podciągnięcia tempa, z czego wydawała się być szczęśliwa. Jak nie wiele trzeba  🙂

Czas bardzo słaby. Z założenia miał być taki. W końcu to był tylko trening, którym przy okazji miałem zaliczyć jeden z półmaratonów. Dobiegłem w pełni sił i bez kontuzji. To był niewątpliwy sukces, jak na  mój pechowy przypadek. Otrzymałem ślicznościowy medal – masywny, nie okrągły – dość nietypowy – przez co zdecydowanie atrakcyjny.

Bogusiowi jednak się tak nie poszczęściło. Dobiegł z potężnym bólem rozcięgna. Z małej kontuzji robiła się wielka. Narzekał na stopę już wcześniej. Uznał jednak, że spokojnie powinien zaliczyć półmaraton i do  następnej imprezy powinno być ok.

Ashampoo_Snap_2017.01.27_18h31m54s_001_.png

Półmaraton Poznański

Dwa tygodnie później ustawiony był wyjazd do Poznania. Sąsiad pomimo wielu zapewnień, że jedzie, ostatecznie nie zapisał się na czas i nie próbował już zdobyć pakietu z drugiej ręki. Boguś coraz mocniej narzekał na swoją stopę a siostrzenica na kręgosłup. To nie wyglądało dobrze i powoli zaczynałem się przyzwyczajać do myśli, że czeka mnie samotna podróż.

Plany są jednak planami i Boguś postanowił, że jednak pojedzie. Już nie biegać, bo noga kompletnie odmówiła posłuszeństwa i nie było sensu jej maltretować – wymagała leczenia, nie wysiłku. Postanowił, że pojedzie jako kibic i wsparcie techniczne. Siostrzenica natomiast postanowiła, że wystartuje. To miał być jej już trzeci półmaraton w tym roku – była o krok przede mną w realizacji Korony, czego jej strasznie zazdrościłem. Ja miałem dopiero jeden za sobą i aż cztery przede mną.Tak czy owak biegłem tym razem z siostrzenicą Bogusia.

W międzyczasie udało mi się zaplanować kolejne starty. Osobiście bardzo chciałem pobiec we Wrocławiu – za późno jednak się zdecydowałem – nie było już miejsc. Trzeba było więc wybrać alternatywy. Padło na Grodzisk Wielkopolski, potem Wałbrzych a  na koniec Piła. Grodzisk miał być dwa miesiące po Poznańskim, więc była chwila odpoczynku (przynajmniej od startów, bo treningi szły nadal).

ppo16_01_sch_20160417_103916_1

Wypad do Poznania zaplanowaliśmy nieco na wariata. Podczas planowania nie wydawało się to tak karkołomne. Ostatecznie wyszło hardcore’owo. O 3. nad ranem wstałem, abyśmy odpowiednio wcześnie dojechali do Poznania. Potem bieg (przypomnę dla niewprawnych: ciut powyżej 21 km). A po biegu jeszcze 60-80 km na zachód po gitarę dla syna Bogusia. Stamtąd powrót do domu. Ostatecznie wyszło na to, że prowadziłem i w jedną i w drugą stronę – ufff. To zdecydowanie było wykańczające. Wtedy właśnie postanowiłem, że następne biegi „biorę” na dwa dni –  z noclegiem. Kolejne koszty, kolejne poświęcenie…

Gdy dojechaliśmy do Poznania, udało się znaleźć miejsce jakieś 200-300 metrów od startu i mety. Zasługa szybkiej jazdy po autostradzie 🙂 Ale pojawiła się nowa okoliczność, która zasadniczo mnie nie zaskoczyła – spodziewałem się tego: deszcz. Padało w zasadzie w trybie ciągłym. A w deszczu biegnie się na dwa sposoby:

  • do pierwszej głębszej kałuży (dopóki w butach jeszcze nie chlupie) i
  • po pierwszej głębszej kałuży (kiedy jest Ci już wszystko jedno) 🙂

I tak samo ja miałem. Udało mi się ten pierwszy etap wyciągnąć prawie do dwunastego kilometra. Byłem z siebie dumny, choć niemal całkowicie przemoczony, jeśli chodzi o resztę garderoby. Mocno jednak na to nie zwracałem na to uwagi. Dotrzymując towarzystwa siostrzenicy Bogusia mogłem nieco pogadać, zagadać, pożartować, pogrypsić itd. Nie należy ona do mocno rozmownych, więc to ja raczej byłem tym dominującym 🙂 Suma-sumarum nie miało to znaczenia – pogoda nie dopisała i trzeba było swoją uwagę mocno zająć czymś innym, aby nie czuć wody w butach i na plecach.

poznan_pol_bieg_2016_128Jako, że dwa tygodnie wcześniej biegliśmy półmaraton w Warszawie, to zakładaliśmy bieg treningowy, bez zarzynania się, bez parcia na szkło lub wynik. Siostrzenica na ostatnich 2-3 kilometrach nawet podupadła i zamierzała resztę drogi zrobić już szybkim marszem. Uparłem się okrutnie i stawałem niemal na głowie, aby zachęcić ją do biegającej końcówki. Zaczepiałem kibiców, aby pomogli mi ją ciągnąć, aby dodawali jej otuchy, aby robili jej dodatkowe zdjęcia, bo właśnie zaczyna biec i wypada aby miała ładne zdjęcie itp. Koncert pomysłów wylewał mi się z głowy szerokim strumieniem! Czy to działało? Czasami tak. Gdy nie działało, przystępowałem do fizycznej przemocy i albo ją ciągnąłem albo popychałem – wszystko aby nie zatrzymywała się w te ostatnie metry trasy. Dzięki temu zupełnie przestałem zwracać uwagę na pogodę, która dla odmiany (i pewnie złośliwości), zrezygnowała z deszczu.

Bieg udało się ukończyć razem, wbiegając dość żwawo na metę. Fajne uczucie, gdy się może komuś nieco pomóc a ten ktoś pozwoli nam na to. Ostatecznie wynik uzyskaliśmy kilka minut lepszy niż w Warszawie – zaskakujące! Teoretycznie gorsza pogoda, tuż po półmaratonie – a mimo to udało się niechcący (bo nie patrzyłem na zegarek) wykręcić lepszy czas! Impreza zakończyła się więc miło i sympatycznie, choć pogoda i bieg weszły w moje stare kości 🙂

ashampoo_snap_2017-01-31_12h24m45s_001_

Półmaraton Grodziski

Tydzień później zostałem już sam na placu boju. Boguś ciągle leczył stopę i postępów nie było widać. Siostrzenica tez wypadła. O sąsiedzie nawet nie wspominam – nowe obowiązki go wchłonęły skutecznie. Mając już jednak dwa półmaratony za sobą, uwierzyłem, że mogę to dokończyć, jest to w zasięgu mojej ręki. Pomimo braku drużyny moja determinacja była już przeogromna a ja miałem kolejne dwa miesiące na przygotowanie się do kolejnego biegu – również od strony kwatermistrzowskiej.

Jeszcze w tym tygodniu po biegu zadbałem o kwaterę w hotelu z wyżywieniem. Plan był prosty: w sobotę na wieczór zjeżdżam, nocleg z kolacją, rano bieg, po biegu prysznic i w trasę do domu. Pozostało tylko się dobrze przygotować do startu.

20160613_084107

Los jednak nie lubi, gdy popadam w rutynę. Postanowił mi nieco umilić ten czas dodając nieco stresu, niepewności i strachu. A zdarzenie miało miejsce tuż przed Dniem Dziecka, w niedzielę. Sąsiedzi zaplanowali wycieczkę na trampoliny, aby zrobić dzieciom prezent. Drogą losowania, pod nadzorem komisji, wypadło na mnie. Nie mogę powiedzieć abym się bronił przed tym pomysłem. Podobał mi się ten pomysł. Zabrałem więc dzieciaki i ruszyliśmy na szaleństwa trampolinowe.

Specjalny ubiór, specjalne skarpetki, odpowiednia (choć słyszałem głosy, że chyba jednak nie do końca) rozgrzewka i siuuup! Można kicać ile dusza zapragnie! Mi zwykłe podskakiwanie szybko się znudziło i zacząłem kombinować. Nie byłem raczej wyjątkowo kreatywny – bardziej podpatrywałem co inni robili. W ten sposób już po 15 minutach zobaczyłem jak gościu fajnie wskakuje na wielkiego kozła. Strasznie mi się to spodobało i postanowiłem wypróbować. Skok okazał się niewystarczający i w ostatniej chwili zorientowałem się, że lecę piszczelami wprost na krawędź kozła. Wiedziałem, że przy mojej masie to może oznaczać złamanie obu piszczeli. Błyskawicznie zrobiłem więc skręt bioder, aby spróbować wskoczyć pośladkami. było jednak już późno – przywaliłem lewym kolanem w krawędź kozła. Świeczki w oczach, wulkan w kolanie i uśmiech na twarzy: nic mi nie jest! Wszystko w porządku! 🙂 Aby nie przykuwać uwagi innych to nawet nie spojrzałem na nogę. Parę trampolin dalej tylko pogłaskałem sobie kolano, tonące w nogawce dość długich spodenek. Bawiłem się dalej.

Kolano jednak bolało. Starałem się ostrożniej skakać, mając na uwadze ból. Jeśli któreś akrobacje sprawiały mi ból, to z nich rezygnowałem. Przecież za dwa tygodnie mam kolejny półmaraton! Trzeba się oszczędzać i nie mogę załatwić nogi w tak banalny sposób!

Po 50-ciu minutach miałem już dość. Byłem cały mokry, zziajany a kolano już wyraźnie protestowało przeciwko dalszym gumisiowym szaleństwom. Przysiadłem więc przy sąsiedzie, który tylko uśmiechał się z naszych wyczynów – trudno wyczuć, czy radośnie czy ironicznie – nie dbałem jednak o to. Wtedy spostrzegłem, że kolano bardziej mnie boli, gdy siedzę. Jak chodziłem i skakałem, to było ok. Jako, że czas nam się powoli kończył a kolano piekło, stwierdziłem że przejdę się do służby medycznej, aby spryskali mi chociaż kolano czymś dezynfekującym. Z uśmiechem na twarzy udałem się wiec do miłej, młodej pani, aby mi spryskała zadrapanie. Mówiąc to uniosłem nogawkę swoich długich spodenek. Na swoje kolano spojrzałem dopiero wtedy, gdy gdy zobaczyłem jak kobiecie rzednie mina a cera staje się wyraźnie jaśniejsza i jaśniejsza. To co zobaczyłem było jak sen: przecież to nie moja noga! Moja musi być gdzieś tu przecież niedaleko! Zaraz, zaraz – gdzieś tu była przed chwilą, przecież jakoś musiałem tu przyjść!

Pierwszy moment zaprzeczenia był tak mocny, że nic nie poczułem poza zagubieniem. Gdy kobieta wydała z siebie głos – bo zdanie to jeszcze nie było – wróciłem jakby do naszego realnego świata i zrozumiałem, że ten dziwny twór w miejscu mojego dawnego kolana, to nadal moja noga! Spojrzałem znowu na kobietę i spostrzegłem, że jeszcze chwila a ona będzie potrzebować pomocy. Jeśli osoba medyczna prawie mdleje na widok mojego kolana, to oznacza tylko jedno: jest gorzej niż mógłbym to sobie wyobrazić!

Czy wiecie jak wyglądają pomarańcze klementynki? Ja już tak. Weźcie taką lekko mniejszą, rozetnijcie ją na pół i te dwie połówki włóżcie w kolano – mniej więcej jedna koło drugiej. Wyglądało to jakbym złamał rzepkę na pół i obie obrosły mega opuchlizną. Znalazłem w necie podobne kolano, ale tylko z jedną opuchlizną. Wystarczy więc wyobrazić sobie drugą na tym samym kolanie i mamy efekt końcowy, jaki uzyskałem na koniec Dnia dziecka.

comment_1XuAnfrJcSYnunIGYCoHhCYjDL0Yi6pI.jpg

Wtedy pojąłem, że właśnie załatwiłem sobie dłuższy urlop od biegania. W tym samym czasie pani z załogi medycznej odzyskała rezon i zaczęła przeprowadzać wywiad, z którego dowiedziała się, że mnie to za bardzo nie boli, że stało się to jakieś 40 minut temu i ciągle skakałem, i że mogę chodzić, siadać i tylko lekko mnie boli. Bagatelizowanie tematu jednak nie przeszło. Pani mi przyszpiliła do swojego stanowiska (więc sąsiadów i dzieci wysłałem aby się przebierali) i postanowiła organoleptycznie sprawdzić co się dzieje z kolanem. Po wstępnej diagnozie, która chyba przyniosła jej ulgę (mi ciągle nie), postanowiła, że mnie jeszcze przetrzyma i zaaplikuje kilka zimnych okładów, aby przekonać się czy to co widzi to agresywna opuchlizna czy też może już woda w kolanie. Na nieszczęście już kiedyś, w młodości, miałem wodę w kolanie, więc prawdopodobieństwo było większe na wodę.

Sąsiedzi mieli ze mnie nieco polewkę – znowu kontuzja. I znowu kontuzja podczas zabawy z dziećmi. Chyba faktycznie dzieci to moje największe zagrożenie dla zdrowia i życia 🙂 Po 15 minutach opuchlizna zaczęła ustępować. To był dobry znak. Siedzenie w jednym miejscu z kolei nie bardzo pomagało, a być może po prostu szok mijał i zaczynało dobrze boleć. Ostatecznie dostałem prikaz udania się do lekarza, ale dopiero po 2-3 dniach – tak aby opuchlizna nieco zeszła, sprawdzić, czy nie zbiera się woda w kolanie. Dostałem więc procha przeciwbólowego, opatrunek i wróciliśmy (nawet autem!) do domu. A tam żona załamała ręce: znowu?! Na to wyglądało…

Wtorek lub środę udałem się do lekarza na SOR. Prześwietlenie, badanie organoleptyczne. Wszystko całe i bez większej kontuzji. Wpompowało to we mnie taką nadzieję, że wręcz zapytałem lekarza co on na to, abym za dwa tygodnie pobiegł w półmaratonie. Nawet się nie zdziwił(!). Pomyślał chwilę i stwierdził, że przeciwwskazań nie widzi, że muszę sam określić, czy dam radę, czy coś mnie nie będzie za mocno pobolewać, że mam się pilnować i uważać. On jednak nie widzi zagrożenia. Wydało mi się to nieco dziwne, bo kulałem jeszcze dość mocno. Nadzieja jednak zaczęła pączkować jak drożdże z cukrem!

Pierwszy trening zrobiłem już w sobotę. Nie był to planowany start. Po prostu pies mi uciekł i szukałem go wsi. Aby to szybciej zrobić – po prostu biegłem, kulejąc nieco. Pies się znalazł dość szybko – kilometr jednak zaliczyłem. Do końca dnia obserwowałem, jak zachowa się noga po takiej akcji. Było ok.

Następne treningi, środa i piątek, miały już po 6,5 km – nadal wszystko było ok. W niedziele jednak przede mną było 21 km! Wyglądało to nieco karkołomnie. Postanowiłem jednak spróbować – pakiet startowy zapłacony, hotel zapłacony. Musiałem spróbować. Nawet sam.

ppl16_02_mkz_20160904_115307_1.jpgTak też i zrobiłem. Obiecałem żonie, że zejdę z trasy jeśli tylko coś się zadzieje, zacznie mocniej boleć itp. Nie chciałem szarżować. Ciągle miałem szansę na Koronę a przykład Bogusia, który niepotrzebnie uparł się na Półmaraton Warszawski, dawał mi pewność, że nie warto na siłę.

Efekt? Najlepszy czas półmaratonu w 2016 roku(!) Sam nie mogłem się nadziwić. Faktem jest, że byłem skupiony tylko na moim kolanie, czy ból się nie zwiększa, czy nie zmienia itd. Nie patrzyłem na zegarek – tylko na uciekające kilometry. Ciągle skupiając się na tym, aby dobiec, aby zaliczyć kolejny bieg z cyklu Korony.

Taplałem się w szczęściu! Pomimo tak nieprzewidywalnej kontuzji, udało się zaliczyć kolejny półmaraton i do tego (choć na tym mi najmniej zależało) zrobiłem najlepszy czas tego roku! Tak, to był bardzo udany start!

Półmaraton Wałbrzyski

Ostatni bieg dał mi mocnego kopa. Dzięki wprowadzeniu sąsiada w tabaty, postanowiłem wkręcić się nieco w te ćwiczenia. Inna sprawa, że zaczynały mi się coraz bardziej podobać. Zacząłem już dwa dni po starcie. W czerwcu było to jeszcze mało regularne, ale już z końcem czerwca ćwiczyłem 6 dni w tygodniu. Naturalnie trening biegacki nadal robiłem zgodnie z planem (może trochę takim improwizowanym, ale nie często do tej pory miałem pięć półmaratonów w roku). Lipiec to już było jak w zegarku: 6 treningów obwodowych (głównie zestawy tabat) oraz 4 treningi biegackie. Odpoczywałem w środy. I tak w zasadzie do kolejnego półmaratonu – tym razem w Wałbrzychu. W sierpniu zrobiłem sobie tylko małą przerwę na zrobienie szaf w garderobie, co zajęło mi około tygodnia – taki ciekawy sposób na urlop 🙂

Jak bardzo intensywnie ćwiczyłem? Suma ćwiczeń obwodowo-siłowych w lipcu to blisko 6 godzin. W sierpniu: 10 godzin! Dlaczego o tym wspominam? Bo dopiero w Wałbrzychu przekonałem się jak ważne to były ćwiczenia w moim treningu!

pwb16_01_sw_20160821_130148_1Wałbrzych, z czego nie zdawałem sobie sprawy, jest bardzo górzysty. Trasa półmaratonu składała się albo z podbiegów albo zbiegów. Ciężko tam było znaleźć chwilę równej drogi, gdzie można byłoby odsapnąć. Jadąc do Wałbrzycha, jechałem z postanowieniem zrobienia wyniku. Gdy zobaczyłem jak pofałdowane jest to miasto, zredukowałem swoje marzenia do „oby zaliczyć w zdrowiu”.

W dniu startu rozpadało się. Miałem więc deszcze i mnóstwo górek. I do tego znowu sam – same demotywatory. I te demotywatory pozwoliły mi zbliżyć się do mojego rekordu życiowego! Długo nie mogłem się nadziwić. Dopiero mnie sąsiad naprowadził, że ostatnie dwa miesiące przepracowałem bardzo ciężko – nie tylko biegacko, ale też od strony ogólnorozwojówki. Gdyby nie te górki, pewnie zrobiłbym życiówkę.

Forma mi dopisała, wynik uszczęśliwił a górki zupełnie nie stanowiły dla mnie problemu. Wbiegałem pod każdą jakby była moją pierwszą. Ogromny power, ogromne rezerwy sił. Wprost fantastyczny bieg! A należy jeszcze dodać, że nocleg miałem u kolegi we Wrocławiu, gdzie rozpiliśmy kilka szklaneczek zacnego whisky! Szok!

Gdy doszedłem do samochodu, aby tam odetchnąć i poczekać na mojego pasażera, czułem się wyśmienicie. Po chwili dowiedziałem się, że na swojego pasażera to ja jeszcze poczekam blisko godzinę. Postanowiłem więc wybrać się na obiad. I wtedy poczułem nagły i silny ból przypiszczelowy. Aż usta mi się otworzyła do krzyku. Dałem radę dojść do sklepu oddalonego o jedyne 150m od parkingu i wrócić do auta, aby zjeść kawałek bułki z jogurtem. Ból był tam niesamowity, że zacząłem żałować, że tak dałem czadu podczas biegania – pewnie zrobiłem sobie „kuku” nawet nie wiedząc o tym – ech!

Zjadłem co miałem zjeść i z nudów począłem ćwiczyć nogę – aby nieco ją rozruszać. Przede mną było trochę kilometrów do przejechania jako kierowca. Wprawdzie była to lewa noga i na autostradzie może się nie przyda, ale do autostrady miałem jeszcze sporo kilometrów. Czas tym razem był moim sprzymierzeńcem, więc ćwiczyłem, masowałem, ćwiczyłem, masowałem… Na trasie, gdy sprzęgło nie było potrzebne, także ćwiczyłem stopą: góra-dół.

Pod domem z samochodu wysiadłem zupełnie bez bólu! Kolejny cud tego roku. Czwarty start zaliczony – został już tylko jeden!

Ashampoo_Snap_2017.01.31_16h27m10s_001_.png

Półmaraton Pilski

Z tym półmaratonem wiązałem pewne nadzieje. Ostatni start pokazał mi, że mam w sobie wiele mocy a Piła położona jest na dość równym terenie. Spodziewałem się więc zawalczyć o życiówkę. Zwłaszcza, że to był ostatni z cyklu Korony. To była ta druga alternatywa: po prostu zaliczyć, aby otrzymać pewną nagrodę: Koronę.

pgw16_01_bor_20160612_105754_1W sumie na początku nieźle nawet szło – dopóki padał lekki deszczyk, który dawał sporo chłodzenia i lekkiego powietrza. Gdy przestał padać, nagle nie było czym oddychać. Do zmiany pogody, czyli do 12-13 km, biegłem więc na życiówkę. Nie miałem jednak spinki, gdy poczułem brak możliwości dobrego dotlenienia. Wyluzowałem, wiedząc, że wystarczy mi po prostu zaliczyć bieg. I tak ten sezon mogłem zaliczyć do bardzo udanych i zdecydowanie szczęśliwych.

Zrobiłem drugi wynik tego roku – ciut powyżej dwóch godzin. Nie mogłem narzekać. W tak trudnych warunkach pogodowych udało mi się mimo wszystko wykręcić czas, o którym nawet nie śniłem na początku tego sezonu. Tym razem bieg odbył się przygód, bez kontuzji, bez bóli. Potrzebowałem tylko odpoczynku po tym wszystkim. Nie tylko ze względu na przebiegnięte kilometry, ale przede wszystkim z powodu tych cholernych wyjazdów, które odbywane w dużej części samotnie, stanowiły ciężar i osobisty i rodzinny. Gdyby ktoś zaproponował mi kolejny wyjazd w tym roku, od razu kategorycznie odmówiłbym. Chyba, że byłby to mój sąsiad 🙂

Już tydzień później, za namową sąsiada, pobiegłem dyszkę w Warszawie. Bardzo ładna trasa, ciepło, słonecznie, wzdłuż Wisły. Namówiłem też syna. Tym razem to była przygoda jego życia (pierwsza dycha!). Ale to już inna historia…

20160910_101646.jpg


10 thoughts on “Korona Półmaratonów Polskich 2016

    1. W zeszłym roku miałem być, ale w tym czasie córka miała komunię 🙂 Z pewnością po Półmaratonie Warszawskim będę budował plan obejmujący Maraton Warszawski, wiec niewykluczone, że w tym roku Białystok wezmę pod uwagę – dziękuję za zaproszenie 🙂
      ps. Zaproszenie obejmuje nocleg z wyżywieniem? 😉

      Polubienie

  1. Gratulacje! Ja też zrobiłam koronę półmaratonów i wiem ile wysiłku to kosztowało – ja np. biegłam pod rząd Grodzisk, a później po tygodniu Wrocław, ale dałam radę. Bez żadnych bóli, kontuzji etc. Z tego, co czytam Ty miałeś sporo przebojów, więc moje pytanie do Ciebie brzmi: i co z tym zrobisz? 🙂

    Polubione przez 1 osoba

    1. Najchętniej odpowiedziałbym jak Jaś z dowcipów: Dalej będę wałem jeździł! 🙂
      Zdobycie Korony nie zamknął u mnie biegania. Nadal biegam i trenuję do Półmaratonu Warszawskiego. Od wrześnie jednak utrzymuję crosstraning w postaci crossfitu. To sprawiło, że mam więcej wydolności, więcej siły i póki co z daleka od kontuzji 🙂
      Jak się dobrze ułoży ten rok, to wybieram się także na Maraton Warszawski. Może się zobaczymy na trasie 🙂

      Polubione przez 1 osoba

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s